środa, 14 listopada 2012

Taniec towarzyski dla pań i panów

Środa. Dla jednych środek tygodnia, dla drugich dwa dni dzielące do piątku. Bez względu na plany, warto dziś rzucić okiem na reprezentacyjne zmagania. To wszak ostatni termin FIFA, gdzie trenerzy reprezentacji mogą powoływać najlepszych swoich piłkarzy.

Dla Latynosów, to oczywiście też przednia okazja, więc pora zapoznać się z tym, co nas w ten dzień czeka.


ARGENTYNA - ARABIA SAUDYJSKA, godzina 18:00 - Rijad.

Ostatni raz, tak wielka i sławna armia zaciężna, przybyła na Półwysep Arabski w czasach, gdy Jezus Chrystus latał po świątyniach i darł książki. Wówczas było to Imperium Rzymskie, które co prawda nie posiadało całego półwyspu dla siebie, no ale skrawek miał na swoją własność. Całą resztę wyczytacie sobie w historii, zaś dziś Sabella i spółka z ograniczoną odpowiedzialnością znowu rozszarpie "giganta" na strzępy. Reprezentację klęsk, z której cieknie strumieniem nieprzetworzona ropa. Tak gęsta, że stworzyła mocarne i silne gospodarcze państwo. Ale nieurodzaj piłkarzy jest tam znany, więc jeśli ktoś tam przyjeżdża ze sław futbolowych, to na przyjemną emeryturę.

Kilka dni temu z kadry Albicelestes wypadł z powodu urazu Gonzalo Higuain, a trener postanowił dokooptować w jego miejsce Rodrigo Palacio. Jeden ze słuszniejszych wyborów Sabelli w ostatnich tygodniach. Może i nieco leciwy (wszak 30-tka na karku), ale to nic, ważne są chęci, które ostatnio Rodrigo w Interze pokazuje w nadmiarze. W jego karierze to jedyny najsilniejszy klub, w jakim ma zaszczyt zagrać. Ale jeśli mam jakiś żołnierzy czy wyrobników w tej kadrze widzieć, to prędzej jego osobę niż Denisa czy Milito, o których też się spekulowało.

Mecz z cyklu do zapomnienia. Chyba, że Messi znów strzeli więcej niż jedną bramkę. Zresztą ma do tego odpowiednią motywację:

To jedyna chwila, w której Leo boi się, że ktoś "wystrzeli" z wrażenia na jego widok



CHILE - SERBIA, godzina 20:00 - St. Gallen.

By uciec przed wściekłym tłumem, Claudio "Misiek" Borghi wybrał mecz na neutralnym terenie w Szwajcarii. Rywal całkiem solidny, więc czemu nie skorzystać z okazji. Chile bije się o mundial, na razie zajmując miejsce nie gwarantujące udziału w turnieju głównym. No, ale o to może nie być wcale łatwo, wszak opisywałem już, dlaczego są bardziej "La Furia Roja" od Hiszpanów.

Do kadry wraca Arturo Vidal, z którym trener musiał się pogodzić, jeśli chce ratować swoje pośladki. A, że dostaje w nich kilka sowitych klapsów, to chyba lepiej, żeby przestał ze wszelką cenę kombinować. Czy to ustawieniem, czy to z selekcją piłkarzy. Co prawda bez Isli, Suazo czy Contrerasa może być o to ciężko, no ale też nie są na tyle ważnymi postaciami, by ich brak jakoś odczuć. Ale za to pojawił się, młody Angelo Henriquez, który póki co służy u sir Alexa Fergusona za targarza jego gum do żucia.

Zatem czego można się spodziewać? Najwięcej zapewne akcji będzie w hotelu, gdzie zatrzymała się chilijska kadra. Jeśli ktoś lubi takie akcja, to powinien już teraz zacząć to obserwować. Środek meczu może jednak być brutalny, bo i bałkańska mentalność też wpisuje się w "ostrość" tego spotkania.

To serduszko, na pewno nie jest skierowane do Borghiego.




URUGWAJ - POLSKA, godzina 20:45 - Gdańsk.

Na polską ziemię zaś przybywa dwukrotny mistrz świata, aktualny pan Ameryki Południowej... Dzięki zdobyciu Copa America oczywiście. Podopieczni Tabareza przybywają do Gdańska bez Forlana, Maxi Pereiry, Loco Abreu czy nawet od biedy Diego Pereza. Cała reszta jest nam wszystkim znana i nie ma, co się nad tym dłużej rozwodzić.

Ale jest to też, ten sam Urugwaj, który dostaje ostatnio baty od każdego. Argentyna, Kolumbia a nawet Boliwia - to nie powinno mieć miejsca, tak sądzi Tabarez i kibice. Ale co innego rzeczywistość, która jasno zweryfikowała najpoważniejszy problem kadry - zmiany. Od niemal 4-5 lat jesteśmy karmieni wciąż tymi samymi nazwiskami, w których brakuje większej liczby młodzieży. Gdzie zatem podziały się te młode talenty, które zalały Europę? No gdzie? Najwidoczniej są, ale El Maestro Tabarez nie widzi dla nich miejsca w samolocie (nawet w luku bagażowym). Tak, to prawda, to jest nawet dobry temat do rozmów czy wpisu, ale spokojnie - niech "dziadki" zagrają z Polską.

Wiadomo, że gdyby była forma, to cokolwiek, by polska kadra nie zrobiła to dostałaby soczysty wpieprz. Dziś tak nie będzie i prędzej należy się spodziewać, że Celestes nie będą mieli okazji, na historyczną wygraną z Biało-Czerwonymi. Do tej pory były to raptem dwa pojedynki, wszystkie rozegrane w Montevideo, które zakończyły się remisem (w 1986 roku było to 2:2) i porażką (w 1992 roku, wynik 0:1). I właśnie bramkowy remis, jest tym, który stawiam za wielce prawdopodobny (mimo, iż moim skromnym życzeniem jest wygrana Celestes).

Wiecie, że jestem patriotą i dlatego jeśli nad kimś się trzeba znęcać, to nad Polską właśnie. Przecież nie możemy zapominać, że Lewy nie posiada nawet połowy talentu Suareza (w nurkowaniu) czy Cavaniego (prezencji).


Jeszcze jeden się śmieje... Czyżby po raz ostatni?



PARAGWAJ - GWATEMALA, godzina 0:30 - Luque.

Czy coś można powiedzieć więcej, o zdegradowanej i najgorszej drużyny w eliminacjach do najbliższego mundialu? Pewnie sporo. Upadek Guarani jest na tyle bolesny, że szanse na to, że pojadą do Brazylii z każdym dniem maleją. Po odejściu Gerardo Martino, zespół przejął tymczasowo Francisco Arce. Nieudanie, po czym zastąpił go Gerardo Pelusso, jakby licząc na to, że magia imienia "Gerardo" rozwali wszystkim szczęki.

Jeśli tak, to im się ta sztuka udała. Ból żuchwy spowodowany oglądaniem tej parodii mieniącej się reprezentacją, właśnie okazuje się gorsza punktowo od Boliwii. Pewnie ostatecznie ją wyprzedzi, no ale w połowie eliminacji takie cyrki? Niesamowite, co się dzieje z tym walecznym narodem.

Rywal jest nieekskluzywny, to prawda. Celem sparingu jest poprawa przede wszystkim samopoczucia w drużynie, które są takie same jak u kibiców - fatalne. A jak tego nie dokonać, grając mecz ze słabeuszem?

U Guaranich brakuje sporej liczby graczy z wysoką liczbą meczów kadrowych. Barrios, Santa Cruz, Valdez, Cardozo, Barreto, Riveros, Alcaraz czy Veron to tylko przykłady. Ale i bez nich, powinno zakończyć się to wygraną... naprawdę musicie w to uwierzyć.

25 kwietnia 2012 roku, obie drużyny także się ze sobą zmierzyły. Wygrał wówczas Paragwaj 1-0.


PERU - HONDURAS, godzina 0:30, Houston.

Houston, we have a problem. The peruvian flutes strikes again.

Sergio Markarian za zgodą władz USA wpada na yerbę wraz z gośćmi z Hondurasu. Spodziewać się po tym meczu należy jedno - nie bierzmy wyniku tego meczu na poważnie. Peru przyjeżdża do kraju Wujka Sama w mocno okrojonym składzie, rzekłbym nawet odmłodzonym o parę lat. Za przewodników wycieczki dla directo technico służyć będą Lobaton, Cruzado i Fernandez (golkiper z francuskiej Nicei). Całą reszta kopaczy nie przekroczyła magicznych 23 lat, więc nawet ryzykując twierdzeniem, że to kadra olimpijska, nic nie stracicie. Oni zaś owszem stracą, bo za cztery lata do Rio de Janeiro nie polecą, nawet jeśli Peru cudem przeszłoby eliminacje do olimpiady. Dlaczego? Bo będą mieli już po 24-25 lat, czyli sorry Winnetou.

Na ich pocieszenie, także Honduras nie wystawia swoich najlepszych strzelb. Czy dostali wizy, czy też nie, ich na pewno w Houston nie zobaczymy. Poza kilkoma zawodnikami kopiącymi, na co dzień właśnie na amerykańskiej ziemi, tylko jeden gra w Europie. To Osman Chavez z Wisły Kraków.

Nie oczekujmy zatem fajerwerków. To może być mecz do jednej jak i dziesięciu bramek, jak się chłopcy rozkręcą.

Kto w czwartkową noc zagra na tym najlepiej?


BRAZYLIA - KOLUMBIA, godzina 1:30, New Jersey.

To niewątpliwie najlepszy test mecz, dla obu reprezentacji. Mano Menezes z zadaniem uciszenia publiki, a Pekerman ze sprawdzeniem faktycznej siły Falcao i spółki.

Kolumbia bez Armero czy Moreno, a Brazylia... hm, chyba wszystko. Szykuje się ciekawe widowisko, które powinno dać na odpowiedzi na kilka pytań:

- Czy Kolumbia jest taka mocna, dzięki Pekermanowi
- Czy Falcao jest bardziej religijny od swoich przeciwników
- Czy Kaka jest potrzebny Canarinhos
- Czy Neymar potrzebuje jeszcze czasu na wygrzewanie się w brazylijskim piasku
- Czy Mano powinien otrzymać dożywotnią wizę do USA
- Czy Los Cafeteros mają cojones
- Czy Canarinhos to przydomek idealny na ich aktualną wartość
- Czy skończy się gadanie, że "szklany Pato z Milanu musi wrócić do repry"
- Czy dostanę odpowiedź na każde z tych pytań, a także na całą niewspomnianą resztę

Jak widać, będzie gorąco. Drobne osłabienia, ale za to w miarę silne persony, nawet nie przyglądając się z lupą temu, co zastaniemy. Powinniśmy zwrócić na to spotkanie bardzo szczególną uwagę. Dla jednych były to z pewnością mecz Neymar kontra Falcao, ale jeszcze ktoś im te piłki musi dogrywać. Więc środek pola, od dwóch do czterech zrywów i typuję wynik 2-2.

Stare zdjęcie (zgadnijcie z kiedy). Falcao liczy, ile strzeli bramek Brazylii.



WENEZUELA - NIGERIA, godzina 2:05, Miami.

Absolutna niespodzianka ostatnich miesięcy i roku. Hugo Chavez dzięki nim zdrowieje i dumnie rozgłasza, jaki to socjalizm potężny jest na świecie. Pewnie i trener Cesar Farias coś o tym wie, bo to za jego sprawką Vinotinto to już nie są leszcze, a młode wilki. Jako jeden z trenerów reprezentacyjnych na kontynencie, poszedł odważnie w kierunku odmładzania składu. Choć nie brakuje nazwisk związanych z kadrą, jeszcze od co najmniej 6-7 lat, ale to już coś - postęp w stosunku do poprzedników.

Nagle odkryto też, że Wenezuelczyków na świecie jest całkiem sporo, stąd i uczyniono... kroki naturalizacyjne. Ten wątek, dopadł braci Feltscherów urodzonych w Szwajcarii i jednego z nich być może obejrzymy jutro w nocy. Chyba jednak warto się nieco uważniej przyglądać temu "tworowi". Gdyż Wenezuela jako jedyna z państw Ameryki Południowej, nie zagrała nigdy na mundialu. Dziś zajmuje czwarte miejsce w grupie, które taki awans oczywiście zapewnia. Czy zatem potrzymają ten stan rzeczy do grudnia 2013?

Nie można przy tym zapomnieć, że i tak Vinotinto przybywa do Miami osłabione. Najpoważniejsza strata to Ronald Vargas z Andrelechtu, Miku z Celticu czy rezerwowy Orozco z Wolfsburga. Nawet jak ktoś pokpiwa z ich przydatności i sensu powołań, to warto nadmienić, że Farias widzi ich w reprezentacji. Jednak to nie oni, a Juan Arango jest ostoją tej kadry. Absolutna żywa legenda wenezuelskiej piłki, jeszcze w czasach gry w Mallorce uważałem go za top 5 rozgrywających w La lidze. W każdej wiosce po jednym pomniku lub popiersiu dla tego pana! (żart, on sam nie chce być tak traktowany, a za to mocno wspiera finansowo działania charytatywne w ojczyźnie).

A co u Nigerii słychać? Nic szczególnego... po prostu próbują odnaleźć swoją tożsamość, którą zakryli pod zmienioną datą urodzin.



Miss Wenezueli 2012 - Maria Gabriela Isler.


BOLIWIA - KOSTARYKA, godzina 2:30, La Paz.

Nie no chyba żartujecie... Poważnie? Oni naprawdę zagrają? Ale po co? Uff, całe szczęście, że tylko po to, by mieć plus jeden do rozegranych spotkań.





PS Dziś wolne zrobiła sobie drużyna Ekwadoru. Stwierdziła, że wali ich takie granie i mają gdzieś podróżowanie po świecie.
PS2 Obiecane cykle są w fazie zakończenia. Wieści już jutro.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Męcząca zadyszka

Kolejka numer 14 za nami. Nie wiem, czy są śmiałkowie gotowi wytrzymać w barze kolejne "rozlanie", ale w Argentynie nikt się nie nudzi. Właściwie, to co było dla jednych kwiatkiem, w większości przypadków stała się kawałkiem kupy. I to rzadkiej... Jak zatem przebiegała ta wspomniana kolejka zmagań o prymat w Argentynie?

- To chyba nie zadyszka, ale pierwszy symptom zmęczenia. Newell's Old Boys tylko zremisowało z Quilmesem 0-0 i straciła prowadzenie w tabeli, na rzecz Velezu. Choć podopieczni Gerardo Martino, wciąż w lidze są niepokonani, to jednak zaledwie dwie wygrane w pięciu ostatnich meczach chwały im nie przynosi. A zwłaszcza w momencie, w którym Los Leprosos walczy o majstra. Problemem w tym meczu była ofensywa i Ignacio Scocco. Choć nie zmieniłem o nim zdania, to jednak ostatnio zbyt często swoje najlepsze atuty, uwidacznia w co drugim meczu. Co innego taki Heinze, który nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Wiecie jak lubię piłkarzy wrednych, niezawistnych i umiejących przydzwonić w mordę, kiedy sędzia nie widzi. Gabi znów pokazał, że na lewym skrzydle nikt sobie nie pohasa i basta! Dobrze prezentuje się też Bernardi, który środek czyści lepiej niż niejeden odkurzacz, no i... żartuję, cała reszta zagrała zbyt przeciętnie, by zasłużyli sobie na wzmiankę. Quilmes zaś z każdym łykiem, coraz bardziej sprawia, że chce się zwymiotować*.

- Czy wspominałem już, że spotkania San Lorenzo z All Boys należy unikać jak ognia? Oczywiście... Marcelo Tinelli zapewne na Nuevo Gasometro odciął dopływ ciepłej wody. Dzięki temu piłkarzom jakby nagle zachciało się grać, co widoczne było na tablicy wyników. Bardzo gładkie 4-0 i rywal, który przyjmował ciosy niczym Wach w starciu z Kliczką. Mecz z gatunku do zapomnienia, a jeśli ktoś miał motywację do tego, żeby zacząć wreszcie odbijać się od dna, to pierwszy krok uczyniła ekipa San Lorenzo. To był ich prywatny sukces na miarę możliwości, znacząco zaniżonych piłkarskim lenistwem.

- Święta coraz bliżej, a Velez przedwcześnie otrzymuje prezenty na mikołajki. Pokonując solidny Godoy Cruz 2-1 i przejął pałeczkę lidera (całe szczęście, że nic innego, sic!). Ricardo Gareca wciąż przekonuje, że nikt go tak szybko z pracy nie zwolni. Działacze ufają mu na tyle, że Ricardo ma pełną swobodę w budowaniu ekipy, która ma w przyszłym roku bić się w Copa Libertadores. Co do tego, że tam zagrają pewność mają niemal wszyscy, teraz wystarczy to jedynie formalnie przypieczętować. Mimo iż mecz stał na poziomie niderlandzkiej depresji, to gdyby nie Facundo Ferreyra, to zapewne nie oglądałbym powtórki o 3 z rana. Dzięki dwóm trafieniom, Facundo liczy nieśmiało na walkę o koronę króla strzelców. Na jego miejscu, lepiej żeby pomyślał jak John Terry... on wie, co zrobić w wolnej chwili, gdy koledzy sobie truchtają na treningu...

- River Plate wygrywa... i w sumie tyle można o ich grze napisać. Żeby męczyć bułę z najgorszą drużyną w lidze, to trzeba być święcie przekonanym o swojej wartości. Zerowej trzeba dodać. Jak wyżej, także i tutaj potrzebny był jeden piłkarz, który zrobił należyty porządek. Rodrigo Mora uratował Matiasowi Almeidzie pośladki od siniaków, jakie sprawiłby mu klepnięciami Daniel Passarella. Jeśli DT lubi sado maso, to niech dalej kontynuuje tę nędzę, jaką oferuje Los Millonarios. Łaski bez panowie, przecież nie musicie wcale grać lepiej.

- No, ale Boca Juniors też wcale nie lepsza. Ekipa z najbardziej podzieloną szatnią w lidze, zdobywa ledwie punkt z Colonem. I tak o jeden za dużo. Jeśli Xeneizes liczą na to, że w przyszłym roku zagrają w Pucharze Wyzwolicieli, to nie mogą zachowywać się jak Strasburger opowiadający dowcipy. Dawno na widok Boca mnie tak nie suszyło i bez cieczy, można się nieźle odwodnić. W tej chwili muszą się modlić o to, by mistrzostwo zdobył ktoś z dwójki Velez-Newell's, by móc się z tego zaszczytu cieszyć... Zaszczytu gry w Copie oczywiście, na którą momentami nie zasługują. Jak na ironię, następny mecz grają na La Bombonerze z... Newell's. Potem wcale nie lepiej... Velez (wyjazd), Racing (dom), Arsenal (wyjazd) i Godoy (dom). Jednym słowem - o rzesz kurw...a. (sorry, to były jednak dwa).

- Gdzieś w tle objawił się Lanus. Będąc pod sterami braci Schelotto, drużyna wygrała już 5 mecz z rzędu i zapewne nie zwolni tempa. Zresztą jakby to miała zrobić, skoro tylko 3 punkty dzielą ich od miejsca pierwszego? Taka motywacja sprawia zresztą, że jeszcze mogą namieszać, mając w perspektywie latynoskie puchary. Styl, finezja, dokładność i żadnych litości - znak rozpoznawczy ostatnich tygodni u Granate. Natomiast Mario Regueiro to Natalia Oreiro futbolu - przystojny, złowieszczy, prawdziwy i co ważne, zdolny kawał bydlaka. Bez niego, Lanus w przedzie jest jak człowiek bez zębów... nie ma co gryźć.

- Na resztę ligowców szkoda klawiatury i sił. Chyba jestem zbyt zafascynowany ligową sieczką, by przestać oglądać niektóre padliny, serwowane przez niektórych ligowców. Prymitywizm szerzy się tradycyjnie u tych, którzy walczą o utrzymanie, ale niektórzy to już powinni dostawać za to ujemne punkty. Może wtedy ich ambicje nie sięgałyby, tylko otrzymywania co miesiąc kilku tysięcy pesos.

- Twój szczęśliwy numerek to... 0. To była jedna z bardzo przeciętnych kolejek ligowych w Argentynie. Łącznie padło 18 bramek, a sędziowie od siebie dorzucili 60 żółtych i 2 czerwone kartki, co stało się już normą, ba oczywistością (dalej brutalni i zadziorni ci piłkarze). Jednak co za statystyka bez łyżki dziegciu - w pięciu spotkaniach (czyli równa połowa meczów w kolejce) wynik końcowy brzmiał 0-0.




Na koniec zdjęcie. Podobno typowany na nowego trenera Boca, Guillermo Barros Schelotto, bardzo chętnie by wrócił na La Bombonerę. Lecz podkreśla, że ma do wypełnienia obowiązek odsłużenia w Lanus, więc do rozmów zaprosił na nowy rok. Kto wie, czy Mikuś nie podrzuci mu pod choinkę stosu papierków, z rocznym kontraktem w Boca na stanowisku directo technico.

Gustavo i Guillermo Barros Schelottowie... albo Guillermo i Gustavo. Wszak to bliźniaki


piątek, 9 listopada 2012

Weekend latynoski #1

Każda sobota lub niedziela zwiastuje, że czas dni spędzić aktywnie. Nie przeczę temu, wręcz osobiście do tego zachęcam wszystkich. Albowiem, gdy już skończymy rozciągać tu i ówdzie swoje mięśnie, odpalimy swoje telewizory lub komputery... by obejrzeć futbol z innego kontynentu. Dziś zapowiem pokrótce to co warto, a co omijać szerokim łukiem.

CO WARTO:

URUGWAJ:

Penarol Montevideo - Nacional Montevideo, 11/12 listopada, godzina 0:00 czasu polskiego.

Klasyk nad klasykami moi drodzy. Zanim nasi dziadkowie, jeszcze nie byli w planach pradziadków, mecze tych drużyn były zacne i gustowne jak obiadki czwartkowe. Formalnie pierwszy mecz rozegrano już w 1900 roku, lecz wówczas Penarol nosił jakże wzruszającą nazwę: Central Uruguay Railway Cricket Club. Przyszła jednak data 12 marca 1914 roku, który wątek już sam rozwiązał i dlatego, gdyby zliczyć wszystkie mecze (liga, towarzyskie, pucharowe, środowe) to mamy do czynienia już z 514 odcinkiem tej urugwajskiej sagi.

Dziś o tych ekipach można powiedzieć tylko tyle, że... istnieją na futbolowej mapie.

Penarol od 28 września jest w lidze niepokonany, ba 5 meczów ciągle tylko wygrywa, co w dzisiejszych czasach jest takie niehumanitarne. No, bo jak się tak znęcać nad takim Racingiem Montevideo 2-5 lub 2-4 z ostatnią w tabeli Cerro Largo? Mogliby się zwyczajnie wstydzić. Jednak kultura gry podopiecznych Jorge da Silvy jest bardzo wysoka. Jej najważniejsze ogniwa to choćby:
Aureliano Torres (solidny obrońca jeszcze z czasów gry w San Lorenzo, dziś jednak rezerwowy), Carlos Valdez (taka kopia Torresa z bloku defensywnego), długowiecznym Dario Rodriguezem (pamięta ktoś jeszcze jego grę w Schalke?), Carlos Grossmuller (odwiedził kraj, którego ma drugi paszport... czyli Niemcy), którą uzupełnia trójkąt zabójców w osobach Juan Olivery (11 goli w 10 meczach... ale, to tylko statystyka), Fabio Estoyanoffa (zapowiadał się dobrze i przepadł tak samo, jak cała reszta mu podobnych) oraz Marcelo Zalayety (Juventus, w którym był pracował jako ochroniarz). Nazwiska zatem dobre, jak na warunki ligowe nawet wystarczające.

Tu doświadczenia jest od groma, a w dodatku podpartą dobrze uzupełniającym się trójkątem atakujących.


Po drugie stronie "błoń" Nacional, który w ostatnich dwóch meczach wtopił i traci do lidera (odwiecznego wroga zarazem) cztery punkty. Czego się spodziewać po ich grze? Poza wybieganiem żołnierze Gustavo Diaza stawiają na metody znane z programu "Domowe Przedszkole". A więc sprawdzania młodzieży w osobach Gonzalo Bueno (dobry drybling), Adriana Luny (wypożyczony z Espanyolu Barcelona), Maxi Calzadzie (ambitny i przekonany o swojej wartości pomocnik) czy Facundo Pirizie (nie najlepszy, ale ciekawy DM, ładnie przecina... chwasty). Z drugiej strony, dochodzi też doświadczenie, którego nie brakuje u Alvaro Recoby, Andresa Scottiego, Pablo Alvareza (ten pływał w polskiej Wiśle) i Alexandra Mediny.

Może i ciekawa ta mieszanka młodości i starości. Może i na rozgrywki krajowe kadra wręcz wymarzona. Ale słaby bramkarz plus fakt, że Recoba do 90 minuty dociągnie tylko pod respiratorem, sprawia, że nie stawiam ich w roli faworytów tego spotkania.

Nie zapominajmy jednak, że ten mecz to nie byle jaka tam popierdółka... to są derby. A jak rozczaruje poziom sportowy, to warto spojrzeć na kibiców. Czysty fanatyzm.

BRAZYLIA:

Gremio - FC Sao Paulo, 11 listopada, godzina 23:00 czasu polskiego.

Do pożegnania z Lucasem Mourą jeszcze zostały cztery kolejki. Jeśli w Sao Paulo nie odczuwają jeszcze kaca, to może jeszcze chłopaka spokojnie odprowadzą na lotnisko. W końcu 40 mln euro piechotą nie chodzi, a wybrzydzać na takie worki wypchane banknotami wręcz nie wypada. Aktualnie oba kluby okupują odpowiednio 3 i 4 miejsce w tabeli, które powinny im zapewnić przygodę z Copa Liberatadores. Stawka nie byłaby pewnie aż tak wielka, gdyby nie szkopuł w postaci przebijania się przez eliminacje. Niby komukolwiek z dwójki to zwisa, bo pewnie trafią na jakąś przeterminowaną konserwę z Boliwii czy Wenezueli, to jednak są to dwa mecze więcej do rozegrania. A przecież nikt nie chce się z tym męczyć, więc Tricolor chętnie przyjadą po wygraną. Tracąc cztery punkty do Gremio nie ryzykują aż tak dużo, mając aż 8 punktów zapasu nad Botafogo.

Ktokolwiek widzi, Sao Paulo z takim asem jak Luis Fabiano, Lucasem Mourą czy Jadsonem po prostu robią różnicę. Co innego Gremio, tam odnoszę wrażenie, że jeden psychopata Marcelo Moreno jest wystarczającą rekomendacją do tego, że ten mecz można z czystym sumieniem obejrzeć.

W dodatku trener Gremio, Vanderlei Luxemburgo to gość co w kaszę dmuchać sobie nie pozwoli to gwarant, że nudzić się nie będziemy. Nawet, gdybym tego bardziej ogólnie nie potrafił ująć.

BOLIWIA:

The Strongest - Oriente Petrolero, 12 listopada, godzina 3:00 czasu polskiego.

Rarytas dla nocno-porannych smarków. Pojedynek w górskich klimatach, to wysokościowy test dla takiego Man U, ale nie dla nich. Oni na wysokości ponad 3 tys m.n.p.m. czują się jak Eskimos na Grenlandii, więc co tu kryć...

Mecz warto obejrzeć także dla Alejandro Chumacero, wszechstronnego pomocnika, który prawą jak i lewą potrafi uderzyć piłkę z prędkością ponad 100 km na godzinę. W dodatku ten nietuzinkowy drybling, fenomenalny przegląd pola, czy świetna gra z klepki, dzięki której lideruje w klasyfikacji asyst... Dziwię się co poniektórym, którzy nie widzą go w Europie. Kiedyś w końcu musi wypalić. Nieodzowny jest też Ernesto Cristaldo, który jako obieżyświat Ameryki Południowej, grał w trzech jej państwach, a teraz jest w czwartym. Srebrny medalista olimpijski z Aten, to lewonożny kozak. Grający na pograniczu faulu, odważnie wdziera się w pole karne ze skrzydła. Solidny, użyteczny, marzenie każdej kobiety.

Ale i po drugiej stronie nie brakuje dobrych kopaczy... Ronald Garcia, Miguel Hoyos, Adrian Cuellar, Gualberto Mojica to wszak reprezentanci kraju. Choć w tym sezonie wiezie im się różnie, to jednak razem tworzą pewien ładnie skonsolidowany monolit. Znacznie pewniejszy niż kredyt w parabanku.

Strongest, jak sama nazwa wskazuje pręży muskuły będąc nie tylko o krok od mistrzostwa kraju, ale też i pewnego udziału w Copa Libertadores... Natomiast Ci drudzy liczą na przełamanie. To na pewno nie jest zapowiedź piłkarskich szachów, a co najmniej hokeja na lodzie...










Nie no, chyba naprawdę nie myślicie, że ktoś będzie aż takim fetyszystą? Ktoś, któremu cieknie ślinka na widok boliwijskiej piłki, prawdopodobnie jest nieuleczalnie chory na futbol latynoamerykański.



CO NIE WARTO:

ARGENTYNA:

San Lorenzo - All Boys, 11 listopada, godzina 0:10 czasu polskiego.

Starcie "tytanów" na szczeblu ligowym. Z jednej strony słabeusz, który udaje, że jest mocarzem oraz słabeusz, który nieźle to z czasem kamufluje. Nie wiadomo czego się po tym meczu spodziewać wielkiego. Depresji, maniakalnej padaczki - to na pewno, ale czy coś jeszcze?

Chyba tak. Otóż ciekawa rzecz jest z All Boys. Otóż klub w tabeli z sumującej punkty, zdobyte w tym roku plasuje się na... 5 miejscu. Tabela ta określająca drużyny, które wezmą udział w Pucharze Wyzwolicieli ma już dwóch pewnych przedstawicieli, będącej na 4 miejscu Arsenalu de Sarandi (za zdobycie mistrzostwa kraju w poprzednim sezonie) oraz Tigre (za... najlepszy występ w Copa Sudamericanie, gdzie są już w półfinale). Przed All Boys w tabeli znajdują się zaś ekipy Velezu, Newell's (obie po 59 punktów) i Boca (55 pkt.).

Tracąc do Xeneizes pięć punktów załóżmy sobie taki następujący scenariusz. All Boys wygrywa wszystkie mecze do końca, a Boca przynajmniej dwa razy zejdzie z boiska pokonana. Jeśli wówczas ktoś z dwójki Velez-Newell's sięgnie po tytuł mistrzowski, to... tak tak, All Boys zagra w Copa Libertadores!!!

Ja pierniczę... Co za jaja.

WENEZUELA:

Wszystkie mecze jak leci. Nie dajcie się zwieść kursom u buka. Chcecie wtopić własne pieniądze? Lepiej bez przewodnika, nie idźcie w tą puszczę.



PS Na weekend mała niespodzianka dla... a, nie napiszę, nie powiem, nie pokażę.

czwartek, 8 listopada 2012

Pampa the pampa, wielka wina lampa #6

- Supercopa Argentina w rękach Arsenalu de Sarandi. Po rzutach karnych pokonali Boca Juniors 3-4 i mogą sobie wrzucić, kolejny puchar do gabloty. O samym meczu ciężko powiedzieć, że był wybitnym i pięknym widowiskiem. Generalnie obserwowaliśmy taką prostą kopaninę, w której Boca chciała rozgrywać piłkę jak Blaugrana, ale z akcji najwięcej miał Arsenal. W pierwszej połowie dwukrotnie Ustariego ratował raz słupek a raz poprzeczka. A wtedy szczególnie ambicją wyróżniał się stranieri z Kolumbii Carbonero, który szybko omijał zwrotnych jak czołg stoperów Xeneizes. Druga połowa to była niemal kopia, tego co poprzednio, z tymże, że Boca zamknęła na połowie swoich rywali. Ale i tak przez cały mecz, Boca nie stworzyła żadnego wielkiego zagrożenia pod bramką Campestriniego, gdy Arsenal poprawiał statystyki strzałów. Rzuty karne jak wiecie, to czysta loteria, gdzie trudno mieć do bramkarza pretensje o to, że nie obroni jedenastki, a zawodnik, który ją spieprzy stanie się pośmiewiskiem. Nie pomogło Xeneizes szczęście do egzekwowania jedenastek z zeszłorocznej Copa Argentina, kiedy musieli to czynić aż 4-krotnie, żeby zdobyć to trofeum. I zawsze zwycięsko. Teraz zaznali goryczy porażki, na którą swoją postawą całkowicie zasłużyli.

A Papcio Grondona z dumą wypisał czek na 1,3 mln dolarów dla klubu, który notabene sam założył. W nagrodę zespół z Sarandi, pojedzie do Hiszpanii, żeby zagrać z Realem Madryt w terminie bliżej nieokreślonym, ale zapewnionym, dzięki owocnej współpracy AFA z jej odpowiednikiem w Hiszpanii. Na osłodę Boca zgarnie 700 tysięcy, które powinny iść na wzmocnienie składu, niż na opłacanie takich imitacji, mieniących się zawodem piłkarza.

- Władze Newell's Old Boys wpadły na ciekawy (choć nie oryginalny) pomysł, jak podreperować klubowy budżet. Osoby działające w marketingu organizują loterię, w której nagrodą będą koszulki zawodników, którzy wybiegną w najbliższym meczu z Quilmes. Jedenastka szczęśliwców, którym los będzie sprzyjał, czeka więc, dumny powrót do domu ze swoimi ekskluzywnymi zdobyczami. Wspomniany los kosztuje 20 pesos, a zwycięzcy zostaną wylosowani w przerwie spotkania. Tuż po meczu, zawędrują do klubowego muzeum, gdzie piłkarze osobiście wręczą im prezenty. I to dokładnie te, w których przez pierwsze 45 minut biegali, a więc... brudne, spocone, ale ubierane przez takich graczy jak Gabi Heinze, Maxi Rodriguez czy Ignacio Scocco (o ile oni na boisku się pojawią, taka jest główna zasada konkursu). Szkoda, że nie pozwolą jeszcze z siebie ich ściągnąć, albowiem niektórzy fani, pewnie by dostali orgazmu na widok takiej klatki piersiowej Gringo Heinzego. Ale to się ceni, wszak każda inicjatywa jest dobra, a przy tym opłacalna dla klubowych finansów.

- W River Plate oficjalnie rozpoczęto operację "zimowe okienko transferowe". Przetasowania w składzie, będą niewielkie, ale za to bardzo konkretne. Przede wszystkim należy zacząć od tego, kto z klubem się w grudniu pożegna. Numerem jeden został David Trezeguet, który z powodu problemów z lewą nogą plus rozwodem z żoną, głośno mówi o powrocie do Europy. Aktualnie River sporo straci z punktu marketingowego na osobie Francuza, którego koszulki sprzedawały się bardzo dobrze, ale nie szło to w parze z jego formą piłkarską. Zaledwie jeden gol w tym sezonie, to potwarz dla MŚ z 1998 roku, więc piłkarz chce odnaleźć zupełnie nową przystań, w swojej bogatej karierze. Sam prywatnie obiera kierunek AS Monaco, ale czy będą go tam chcieli, to już zupełnie inna para kaloszy. Kolejnym piłkarzem szykowanym do odejścia jest np. wieczny rezerwowy Cristian Ledesma, który choć za River oddaje swoje życie, to jedynie na marne. Użyteczność piłkarza, która była fatalna nawet na zapleczu Primery wskazuje, że jego kariera w klubie już długo nie potrwa. Lista jest dość długa, ale głównie okupowana przez rezerwowych lub piłkarzy z wysokimi poborami, wprost nieproporcjonalnymi do ich występów na boisku.

Co zaś tyczy się potencjalnych wzmocnień, jedynym na razie jedynym konkretem jest Andres D'Alessandro. Szykujący się do ostatecznego powrotu do Buenos, gracz Interu z Porto Alegre już zasugerował swojemu menago, by pojechał do ojczyzny na rozmowy. Piłkarz, który nie ma zbyt dużych wymagań wobec Los Millonarios, jest gotowy zawsze na ustępstwa w kwestii finansowej. A już zupełnie, by z poborów zrezygnował, gdyby na ławce trenerskiej zasiadałby Ramon Diaz. Takie rozwiązanie, może jednak nie być na rękę samego Passarelli, który nie specjalnie trawi Ramona, ale z drugiej strony Almeyda też nie jest jego miłością życia. W każdym razie Andres z miłości wróci na stare śmieci i z taką samą pasją, będzie się brudził w błotku na Monumental.

Pozostałe opcje są chyba zbyt bajeczne, żeby nie powiedzieć absurdalne, bo nieoficjalnie River w osobie jej prezydenta Passarelli, jest on ponoć gotowy przeprosić się z Cavenaghim. Po tym jak go zwyczajnie z klubu wypieprzył z zazdrości, że to piłkarzowi a nie jemu przypisano powrót do Ekstraklasy, może być to trudne, ale nie nierealne. Albowiem El Torito w Villarreal zatracił to, co było jego kartą atutową, czyli skuteczność. A poza tym, ile razy dałyby się jeszcze tak potraktować? Jeśli odpuści, to przyznam się, że chyba lubi taki rodzaj perwersji. Inne alternatywy do wzmocnień są już szczytem absurdów: Roque Santa Cruz, German Lux, Maxi Moralez...

Przyznam się szczerze, fajny ten konkurs życzeń.

- Ale skoro o transferach mowa, to o Boca kilka słów nie zabraknie. Jako, że niemal cały skład jest wystawiony na sprzedaż (z wyłączeniem G. Burdisso, L. Paredesa, G. Fernandeza, J. Sancheza Mino, A. Oriona czy S. Silvy), klub zamierza trochę sypnąć kasą i wesprzeć młodzież, w walce o nowe cele w przyszłym roku. Kto zatem otwiera listę życzeń? Wcześniej poszła fama z Lucasem Biglią z Anderlechtu, ale tylko ktoś głęboko naiwny uwierzy w transfer czołowego piłkarza ligi belgijskiej. Owszem, piłkarz chce być na mundialu w Brazylii, zrobi wiele, by tam trafić. Ale czy naprawdę warto wrócić do Argentyny? Niby kontrakt ma do 2014 roku, niby jest bezcenny, ale aż ciężko uwierzyć, że... dosłownie nikt się jego usługami nie zainteresował. Może to kwestia kiepskiego menadżera, ale chyba nikt nie wierzy, że Anderlecht od tak za grosze, puści kapitana drużyny. Cena startowa to 7 mln euro, czyli absolutnie poza zasięgiem finansowym dla Boca. Także wypożyczenie, byłoby może i tańsze... ale jeszcze raz się pytam: jak piłkarz, który jest wielbiony i czczony miałby nagle odejść? Od tak? Dostał wielki spadek? Żona mu każe? Jeśli naprawdę udałoby się Xeneizes pozyskać go w tym, lub w przyszłym okienku transferowym, to są mistrzami negocjacji.

Inne propozycje wydają się już całkiem realne, choć nie wiadomo, czy opłacalne i sensowne. Jednym z nich jest odrzucony parę lat temu Matias Rodriguez z Universidad de Chile, drugim Luis Ibanez z Dinama Zagreb. trzecim Jesus Datolo z Internacionalu Porto Alegre, czwartym Mario Bolatti (z tego samego klubu, co Datolo) a na końcu napastnik, o którym wiadomo tylko tyle, że nie jest Argentyńczykiem.

Także niepewny grunt ma trener Falcioni, z którym sprawa jest o wiele łatwiejsza do wyjaśnienia. Jako, że kontrakt ma tylko do grudnia tego roku, a nie wywalczył Copa Libertadores, może zostać z klubu wypędzony. Tu listę jego potencjalnych następców otwiera Guillermo Barros Schelotto, który jakby nie patrzeć, chętnie do Boca wróci. Oczywiście pod warunkiem przepędzenia grupy przyjaciół Romana, albowiem z Riquelme dogadywał się jedynie na boisku.

Gorąco zapowiada się ta zima w Argentynie.

- Tymczasem Argentinos Juniors poszukuje nowego trenera. Po wywaleniu Leonardo Astrady, działacze intensywnie prowadzą rozmowy z kolejnymi kandydatami. Po tym jak Arruabarrena odrzucił możliwość pracy na stadionie im. Diego Maradony, wczoraj władze klubu prowadziły rozmowy z Franco Kudelką (który zasłynął ciągłą zmianą decyzji, co do odejścia z Unionu de Santa Fe) oraz... Martinem Palermo. Ten ostatni, który nie ma absolutnie żadnego doświadczenia trenerskiego, ma rzekomo atut w postaci swojej aury legendy ligi argentyńskiej. Podobno nawet kilka tygodni temu, nie posiadał nawet odpowiednich papierów na prowadzenie drużyn piłkarskich, ale od czego jest... Grondona moi mili. Ostatnim kandydatem jest ostatnio przesiadujący w Kolumbii Carlos Ischia, który może po tej dwójce mieć największe szansę na angaż w El Bicho. Faworyt to oczywiście Kudelka (polska krew z dziada pradziada), ale nie pytajcie mnie nawet dlaczego.... No dobra, przecież wiecie, że chodzi o kasę a on właśnie jest najtańszą opcją. W końcu Ischii trzeba opłacić bilet lotniczy z Kolumbii.

A tak przy okazji. Martin Palermo do tej pory głównie chodzi od studia do studia telewizyjnego, wspominając swoje najpiękniejsze chwile z kariery sportowej. W wolnej chwili wsiadał do auta i ścigał się z innymi na torze. Jeśli nie trafi ostatecznie do Argentinos, to być może wystąpi w przyszłym roku w... "Bailando Por un Sueno", programie tanecznym made in Argentina. Hitowy program stacji prywatnej El Trece w ramach "Showmatch" (średnia oglądalność powyżej... 15 mln widzów?!) już nie raz ściągał gwiazdy krajowe, ale też i zagraniczne. Zresztą, zobaczcie jak argentyński "Taniec z Gwiazdami" się prezentuje:


Teraz już wiecie... Warto.

- Mały hitem w mediach okazał się wywiad z Silvaną Rossi, żoną Alejandro Sabelli, która rzekomo... nie pierze i nie czyści szczęśliwej, brązowej bluzy męża. Wytłumaczeniem jest kabała, którą oboje wyznają i to, że generalnie jej mąż czuje ogromny przepływ energii, gdy ją zakłada... To wychodzi na to, że mamy wspólny mianownik. Bo gdy ubieram swoją ulubioną koszulkę reprezentacji Argentyny do gry w piłkę, poziom woli walki we mnie wzrasta. Detalem jest tylko liczba złamanych kości u rywali...

A teraz ciekawostka. Kiedy Sabella prowadził Estudiantes, w dniu finału Copa Libertadores przeciwko Cruzeiro, zorientował się przed meczem, że zapomniał zabrać z La Platy swoją szczęśliwą bluzę. Zadzwonił więc, do jednego z piłkarzy z drużyny rezerw i poprosił (czyt. nakazał), by ten... przyleciał z nią do Belo Horizonte. Chłopak zdążył, a drużyna wygrała 2-1 i zdobyła po raz czwarty w historii Puchar Wyzwolicieli.

środa, 7 listopada 2012

Pucharowy kąsek do... zgryzienia

Supercopa Argentina. Puchar pocieszenia, puchar do gabloty, puchar wart 20 pesos. O to trofeum będzie toczyła się "Bitwa o Catamarcę". Ten bój stoczą drużyny Boca Juniors (zdobywcy Copa Argentina) i Arsenalu de Sarandi (aktualni mistrzowie ligi).

Nowością jest fakt, że liczba meczów do rozegrania w sezonie stopniowo wzrasta. Kluby w Argentynie już nie tylko mają okazje spotykać w lidze krajowej, czy w rozgrywkach kontynentalnych. Teraz nowe, dodatkowe obowiązki, zwiększają obciążenia fizyczne i umysłowe zawodników z Pampy.

Dla Boca jak i Arsenalu, to tak na dobrą sprawę, jedyna okazja na zgarnięcie jakiegokolwiek trofeum. Nawet, gdyby to był puchar im. Matki Teresy, to oba zespoły podchodzą do spotkania w dość bojowym nastroju. Nie dziwota, wszak w lidze spisują się przeciętnie (no, Arsenal dużo gorzej), ale to i tak nie zmienia faktu, że gdyby było inaczej... to by, było inaczej!

Skąd zatem ta wspaniałe odkrycie na miarę Ameryki? Cóż, wystarczy sobie wyobrazić, że gdyby jedna, bądź druga drużyna walczyła o mistrzostwo lub utrzymanie w lidze, to posłaliby bardzo głębokie rezerwy. Pewnie i wtedy poszliby w ruch oldboje, lecz wystarczy popatrzeć na Boca. Poza Clemente Rodriguezem (oficjalnie kontuzja łydki, nieoficjalnie kontuzja żuchwy po rozmowie z Falcionim), do gry mają zostać wystawione wszystkie najważniejsze klubowe strzelby. Tylko laik mógłby nie pojąć, na co w środku tygodnia męczyć się o trofeum, wartego kilogram piasku i trzy metry mułu. Odpowiedzią jest prezydent Boca, który nie chcąc podpaść Grondonie i świcie z AFA, zasugerował szkoleniowcowi zabranie do Catamarcii pierwszego zespołu.

Podobny los spotkał też i Arsenal de Sarandi, ale już chyba większość przyzwyczaiła się do tego, że Julio Grondona cycka za sznurki w tym klubie, dla którego to tylko zabawka, marionetka, kukiełka obmacywana rączkami emeryta po 70-tce. Historia tego zespołu jest zresztą bardzo oryginalna, ale może na opowiedzenie przyjdzie jeszcze czas. Dlatego też Gustavo Alfaro, zgodnie z życzeniem ojca chrzestnego piłki argentyńskiej, także desygnuje na plac najsilniejszy skład.


Mecz będzie sędziował Pablo Lunati, najbardziej komiczna postać ligowa. Arbiter o ekspresji godnej Jima Carrey'ego czy wzruszający jak Di Caprio w "Titanicu". Słowem aktor pełną gębą, którego z początku widziałem jako lunatyka, ale z czasem dostrzegłem, że potrafi jeszcze całkiem dobrze dmuchać w gwizdek.

Dla niego zaś szczęściem jest to, że nie jest... Żydem. Julio Grondona kiedyś wprost wypalił, że oni nie nadają się na sędziów, bo to zbyt ciężka jak dla nich praca, do której nie są stworzeni... Resztę możecie sobie sami dopowiedzieć.

Czy mecz, będzie rzeźnią lub niewinną zabawą w piaskownicy, przekonamy się dzisiejszej nocy z środy na czwartek o 0:30 czasu polskiego.



Nieskromnie postawię na Boca, w końcu Falcioni chce odejść z klubu z jeszcze jakimś sukcesem...

wtorek, 6 listopada 2012

Petropomysłowy Alejandro

Do meczu z szejkami zostało parę dni, więc Alejandro Sabella rozesłał powołania dla urodzonych na argentyńskiej ziemi. Gleby, która żyzna i bogata, która wymaga doinwestowania. Petrodolary jak znalazł, wszak dwa miliony piechotą nie chodzą. Wiecie, chętnie bym rozpisał to i owo, ale bardziej niż samym meczem z Arabią Saudyjską uwagę przykuwają zawodnicy powołani na to spotkanie.

BRAMKARZE:
Sergio Romero (Sampdoria)
Mariano Andujar (Catania)
Cristian Alvarez (Espanyol)

Jedyną niespodzianką jest Alvarez, dość zaskakująca mimo wszystko kandydatura. Reprezentujący barwy 18 drużyny La Ligi, może nie jest gościem, który sprawia, że napastnicy dostają napadu paniki... ale, czy jest on tak zły? No nie do końca. Gra całkiem nieźle na linii, trochę przyzwoicie prezentuje się na przedpolu, umie prosto kopnąć w piłkę... ale to chyba, nie jest ktoś na tyle mocny, by zrzucić z piedestału Romero. Spodziewano się młodzika, a tymczasem mówimy tu o 26-letnim graczu, który niczym Campagnaro został dopiero po latach odkopany, gdzieś w peryferiach Europy. Skoro już zapadła decyzja, to fajnie, że Sabella szuka alternatyw. Wszyscy wiemy jednak, że Cristian Alvarez na boisko nie wybiegnie. Nawet i Ci, którzy dopiero się dowiedzieli, kim on jest.

Swoją drogą jeśli ktoś myśli o jakichś młodszych zawodnikach na tej pozycji, to może warto rzucić okiem na Anglię, gdzie Emiliano Martinez w Arsenalu spędza upojne wieczorki z Wengerem (od dawna lubi dzieci) oraz Paulo Gazzanigę, który na razie zbiera baty ze "Świętymi" z Southampton. Nie piszę od razu, że należy ich niezwłocznie powołać, ale pod lupę zawsze można.

OBROŃCY:
Fabricio Coloccini (Newcastle)
Pablo Zabaleta (Manchester City)
Marcos Rojo (Sporting Lizbona)
Federico Fernandez (Napoli)
Hugo Campagnaro (Napoli)
Ezequiel Garay (Benfica)
Luciano Monzon (Olympique Lyon)

Tu podobnie jak z bramkarzami jedynym rarytasem jest Monzon, obecnie obracający pośladki w celu utrzymywania temperatury ławki rezerwowych. Owszem, czasem wyjdzie na boisko, ale efekty bywają opłakane, bo fizycznie tak odstaje od większości piłkarzy, że byle zefirek sprawia, że się przewraca. Tak po prawdzie, jedynym plusem jego powołania jest fakt, że wie na czym polega gra skrzydłowego obrońcy. To zupełne przeciwieństwo Campagnaro, którego Sabella lokował na boku, bez żadnych wniosków z poprzednich potyczek. Cała reszta to niemal wykrystalizowana paczka, która powinna do końca eliminacji nam towarzyszyć na liście powołanych obrońców. Choć nie są oni na swych pozycjach asami, to jednak z braku laku, musi pozostać nam taka lista.

Totalnym nieporozumieniem jest Federico Fernandez, synonim wyrazu drewno. Temu chłopakowi robi się straszną krzywdę, a winowajcą jest obsesja trenera Sabelli. Nie wiem, czy mam do czynienia z nepotyzmem, głupotą, czy czystym debilizmem, ale gość jest po prostu ZA SŁABY na zakładanie reprezentacyjnej koszulki i niegodny dzielenia pokoju z Messim. Dla pogrążenia tej kandydatury, zawodnik w tym sezonie zagrał w barwach Napoli... JEDEN MECZ, po którym trener klubowy słusznie uznał, że do niczego innego się nie nadaje. Tak to jest, jak ma się w CV Estudiantes La Plata.

POMOCNICY:
Javier Mascherano (FC Barcelona)
Fernando Gago (Valencia)
Angel Di Maria (Real Madryt)
Enzo Perez (Benfica)
Fabian Rinaudo (Sporting Lizbona)
Eduardo Salvio (Benfica Lizbona)
Ricardo Alvarez (Inter Mediolan)
Augusto Fernandez (Celta Vigo)
Tino Costa (Valencia)

Najwięcej surprise'ów Sabella zaserwował nam w pomocy. Salvio, Fernandez jak i Costa są podstawowymi graczami swoich drużyn, w dodatku jeszcze pozytywnie się wyróżniający. Może i Fernandez nie sprawia, by Celta Vigo nagle powalczy o czołowe lokaty w Hiszpanii, ale nieoceniona technika robi wyjątki. Costa już od dawna upominał się swoją postawą na powołania. Potrafiący huknąć z każdej nogi Tino ma błysk, elegancję w prowadzeniu piłki i co ważne, dużo widzi. Salvio to z kolei piłkarz z wieczną łatką talentu. Nie przeczę, że nie umie kopać w świński pęcherz, ale do tej pory byłem bardziej miłośnikiem Nico Gaitana, na którego w Benfice trener się obraził (swoją drogą forma piłkarza zrobiła podobnie).

Wynalazki typu Enzo Perez czy Ricky Alvarez traktuję jako przyrodnicze ciekawostki. Ani jeden ani drugi, na grę w kadrze nie zasługują. Obaj kopacze mają problem natury zawodowej. Perez to pupil Sabelli (bo grał w Estudiantesie, to wszystko wyjaśnia), a Ricky nie podnosi się zbyt często z ławki Nerazzurrich. W dodatku obaj swoją sylwetką i sposobem gry, niemal kopiują to, co potrafią ich koledzy mający znacznie więcej talentu. Nie są co prawda źli, ba Alvareza bardzo ceniłem za grę w Velezie, ale to chyba nie ten moment, by ich zabierać ze sobą, nawet na treningi.

Rinaudo zaś jest jeszcze bardziej od nich egzotyczny. Pozycja defensywnego pomocnika w kadrze jest najsilniej obsadzona i choć miło jest zobaczyć kolejną propozycję, to jednak na kwartet Masche, Gago, Banega i Biglia jest po prostu za słaby. W każdym aspekcie gry, ten chłopak odstaje od wspomnianej czwórki, począwszy od techniki a kończąc na warunkach fizycznych. W Sportingu, częściej jest opcją z przymusu niż słusznego wyboru, więc to taki dar losu z tym jego powołaniem.

NAPASTNICY:
Leo Messi (FC Barcelona)
Gonzalo Higuain (Real Madryt)
Sergio Aguero (Manchester City)
Franco Di Santo (Wigan Athletic)

I znowu nowość w osobie Di Santo. Jedyny obok bramkarza Alvareza, który nie dostąpił zaszczytu debiutu w kadrze. Jeszcze kilka lat temu, gdy Chelsea kupiła go z Audax Italiano obwieszczono światu, że narodziła się nowa wysoka wieża dla repry. Póki co chłopak dalej jest w Anglii, nie strzela dużo bramek, ale w Wigan jest całkiem użytecznym wyrobnikiem. Dalej surowy, lekko ospały, ale za to dobrze grający głową. Czy zatem warto go do Rijadu zabierać? W porównaniu do reszty przypomina on kolosa, który może i na Leo patrzy z góry, ale piłkarsko dzieli go dystans jak z Ziemi do Marsa.

Choć na takich wysokich napastników jak Di Santo w Argentynie jest deficyt, to ciężko mi jego przydatność ocenić. Do tej pory w juniorskiej kadrze jakoś bardzo głęboko w pamięć mi nie zapadł. Pominę w zupełności fakt, jak tam wygląda selekcja, bo to jest jeszcze ciekawsza abstrakcja.



PS W tle widzicie Estadio Ciudad de La Plata, obiekt będący w użytku między innymi.... Estudiantesu La Plata. Autoironia.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Należności za kiepskie lata z przeszłości

Fanfary!!! Oto blask czerni z elementami bieli.

Po przerwie, jak widzicie strona uległa zmianom. Nie jest to co prawda rewolucja, ale na pewno zapoczątkuje kolejne nowości. Cierpliwość wynagrodziła trud oczekiwań.

Dziś, będzie krótko, albowiem za dużo tych spotkań ligi argentyńskiej nie obejrzałem, a nawet jeśli, to w którymś momencie gorzko tego żałowałem. Jednak można wynotować w dużym skrócie, co się w weekend zakończyło.

- Boca wygrała z San Lorenzo 3-1. Leandro Paredes stopniowo przekonuje niedowiarków, że zostanie nową 10-tką, która ma godnie zastąpić Riquelme. Jako, że miłość do Romana każe mi sądzić, że jest on "niezastąpiony a zarazem zbyt dupczycielski", Paredes chce zaprezentować inne milsze cechy boiskowe. Przegląd pola, solidne kropnięcie z prawej nogi, obsługa partnerów podaniami, napędzanie akcji ofensywnych - to atut jaki ma w swych kopytach Leandro i już czas najwyższy legendy zamienić w rzeczywistość. Co zaś tyczy się meczu - było nudno. Clemente znów ściągnięty po 45 minutach, kolejny raz wkurza się na trenera, który ma po prostu rację. Koleś gra taką kupę, że zakłady oczyszczające nie nadążają z usuwaniem tego smrodu, jaki za sobą niesie. Pff.

- Ignacio Scocco, fundament fundamentów dla napastników. Już 9 gol w sezonie daje nam sądzić, że nie tyle co się liczy, a wręcz pędzi po koronę króla strzelców. Szanse ma na to duże, no chyba, że w którymś momencie się zatnie. Szkoda, że jego koledzy w meczu z Godoy nie byli aż tak fenomenalni. Skończyło się remisem 1-1, a defensywa obrona potwierdziła, że bez Gabriela Heinze jest jak "rodzina bez ojca - czyli nie ma kto opierdo...ć".

- River remisuje bezbramkowo... z All Boys. HAHAHAHA. Zapomniałem jeszcze dodać, że oba zespoły o dziwo są warte tyle samo, więc przewidzieć taki wynik i postawić na to kasę, było niemal obowiązkiem. Coś się dzieje z nimi niedobrego i chyba najwyższy już czas przypomnieć sobie, dlaczego River Plate ma pseudonim "Los Millonarios".

- Velez gromi, ale to tak, że nie ma czego po rywalach zbierać. Ricardo Gareca zaś jest trenerem, który ze swoim miejscem pracy prędko się nie rozstanie. To nie tylko kwestia dobrego spawania, ale i umiejętności, bo niewątpliwie, dobrze orientuje się w taktycznych niuansach. Arsenal de Sarandi to dalej największy wrzód między pośladkami ligowej szarzyzny. Mają poparcie jej założyciela, ojca Wielemogącego Julio Grondony nie spadną z tej ligi nigdy. Na szczęście dla opozycji mama przykre wiadomości - drużyna jest może i przeciętna, ale solidnie zorganizowana.

- Od początku sezonu Rodrigo Brana zgarnął 8 żółtych kartek i jedną czerwoną. To o co najmniej trzy czerwienie za mało. Ironią losu jest fakt, że selekcjoner kadry Albicelestes, Alejandro Sabella wciąż go widzi w składzie na każdy mecz, mimo iż jest jednym z najgorszych piłkarzy Estudiantesu.


PS UWAGA. Strona może jeszcze ulec drobnym poprawkom od strony wizualnej. Jakby co, to ostrzegałem.