W tym roku Albicelestes rozegrali swój ostatni w tym roku mecz o punkty. W listopadzie zagrają jeszcze z Arabią Saudyjską i... Brazylią, albowiem Ci drudzy, znaleźli jednak termin do rozegrania odwołanego kilka tygodni temu meczu.
Wczoraj podopieczni Sabelli potwierdzili, że na wyjazdach gra idzie im znacznie gorzej niż u siebie, ale to i tak wystarczyło na kolejnych słabeuszy, którymi stali się Chilijczycy. No właśnie, to obok Urugwaju kolejna drużyna, która ma spore problemy z psychiką. Odkąd nad kadrą Urusów kontrolę stracił już Tabarez, który udaje, że problemu nie ma, tym razem dołączył do niego Claudio Borghi. Szkoleniowiec chilijskiej kadry po tym jak pokłócił się z częścią graczy (m.in. Vidalem, Valdivią, Suazo), nie potrafi przekonać innych do wytężonej pracy. Bezpłciowy directo technico kombinuje począwszy od ustawienia i na wykonawcach kończąc, co skutkuje m.in. takim obrazkami, jak te wczoraj z Santiago. Jako, że pastwienie się nad nimi pozostawię masochistom, ja skupię się na Błękitnych rycerzach z Buenos Aires. Trochę boli mnie oglądanie kalek w obronie, ale na ich szczęście, koledzy od zadań ofensywnych spisali się na tyle przyzwoicie, że bilans jest 2-1 dla Argentyny w bramkach. I to właściwie uratowało Albicelestes od kolejnych straconych głupio punktów na wyjeździe, z czym mają spore problemy. Wydaje mi się, że myślami będąc przy powrocie do swoich klubów, zapominają, że ojczyzna jeszcze ich na "chwilę" potrzebuje.
Sergio Romero (4): Tym razem, rywale znacznie częściej niż cztery dni temu, sprawdzali umiejętności bramkarskie Sergio. Obrona główki Gonzaleza, to jeden z przykładów na to, że na tą chwilę nie ma nikogo lepszego od niego. A przynajmniej się nie objawił w ostatnich miesiącach. Co prawda czasem budzi się w nim grzeczny ministrant, ale wie kiedy trzeba pokrzyczeć na swoich kolegów. Gdyby nie indolencja bloku defensywnego, zachowałby czyste konto.
Hugo Campagnaro (1): Fatalny błąd trenera, który wciąż próbuje ze środkowego zrobić skrzydłowego. Piłkarz zaś powiela wciąż te same błędy co przednio, a na dodatek dokłada pięć kolejnych: czas reakcji, gra na faul, niezdecydowanie, fatalna technika użytkowa oraz brak współpracy z kolegami. W dodatku chaos przy wyprowadzaniu piłki sprawia, że aż nie chce się wierzyć, że zbiera dość dobre recenzje w Napoli (choć tam gra na swojej nominalnej pozycji).
Federico Fernandez (1): Większość prasy uznała go za najlepszego z bloku defensywnego, ale na dobrą sprawę... nie zrobił niczego dobrego, a czynił wiele złego. Szkoda klawiatury na powtarzanie tego, co u niego szwankuje od urodzenia, bo nie ma szans na to, że to poprawi. Bo niby jak, skoro w swoim klubie jest tylko rezerwowym, a jak się na boisku pojawia, to gra dla drużyny przeciwnej. Idź, won i precz.
Ezequiel Garay (1): Sanchez robił z niego taki wiatrak, że po chwili myślałem, że z tego młynu będę miał sporo mąki na chleb. I faktycznie, wyglądał tak, jakby postanowił poudawać swojego kolegę z środka obrony. Był winny, ale miłość trenerska uchroni go od skazania na ławkę. Very bad match Ezequielu.
Pablo Zabaleta (1): I jak na złość, jak z Urugwajem zagrał bardzo przyzwoicie, tak dziś miernie. Owszem, biegał jakby go gonił rój pszczół, ale miodności i klasy w tym występie zabrakło. No, ale tak bywa, taki Zaba już jest i nie zmieni go nawet własna żona. Stan cywilny to trochę za mało...
Fernando Gago (3): Przyzwoicie, sensownie i na swój sposób, dość udanie rozgrywał piłkę na środku boiska. Nie to, żeby robił to w sposób genialny, czy za każdym razem celnie, ale starał się. Sporo musiał pomagać grupie inwalidzkiej z obrony. Pewnie tych interwencji byłoby więcej, gdyby nie jego platoniczna miłość do Leo.
Javier Macherano (4): Kolejny dobry występ. Pracował za niemal cały blok defensywny i za siebie także. Udowodnił tym samym, że wie kiedy komuś dać w zęby, kiedy sędzia nie patrzy, a kiedy czysto odebrać piłkę. Profesor środka pola, o którego potykały się chilijskie siły desantowe. Odznaczyłbym go platynowym żołędziem, za twardość w każdej sytuacji, ale kiedy zwijał się z bólu po oberwaniu w "czuły punkt"...
Angel Di Maria (1): Zupełne przeciwieństwo z meczu z Celestes. Albo trener wystawił sobowtóra, albo nie zrobił sobie pedicure z manicure. Dandys w zbójeckiej ekipie Argentyny, wyglądał jakby przed meczem połknął pigułkę gwałtu. Lepiej żeby nie oglądał powtórek, bo był to jego najgorszy mecz w kadrze podczas tych eliminacji.
Lionel Messi (4+): Messi jest dla tej kadry tym, czym seks z piękną kobietą. Spełnieniem marzeń. Jest jak prezerwatywa, którą trzeba zabrać przed wizytą, w domu swej wybranki życia. To jak odkrycie punktu G. Na boisku był nim... Gol. Norma, oczywistość, czysta formalność. Leo to nie imię, to pozycja na misjonarza.
Gonzalo Higuain (3+): Zreflektował się po tym, co uczynił w Buenos Aires i odpalił. Bramka w kadrze, kilka zdjęć na pamiątkę, no i naprawdę udany mecz. Papcio Mou już klaszcze z radości, że nie musi Diesla wymieniać na francuską Benzynę.
Sergio Aguero (2+): Tak właściwie, to jedynie statystował, nie rzucając się w oczy. Nie sprawiał swoją grą przykrości, ale nie było powodów do dumy. Ot, przeciętny występ, nie okraszony jakiś cudownym zagraniem. Paliło mu się do City. Manchesteru oczywiście.
Pablo Guinazu (1+): Mam dla niego lepsze zajęcie. Zamiast biegać po boisku w argentyńskiej koszulce, niech pompuje piłki za pomocą ust. Oszczędzi się w ten sposób, liczbę wyciętych drzew na boisku. I kibice będą zadowoleni, jak i miłośnicy przyrody.
Jose Sosa (1+): Wszedł, pobiegał, poskakał, pokrzyczał, popiszczał, pouśmiechał się do chłopców podających piłki.
Hernan Barcos (bez oceny): To wyglądało tak jak z Grosickim na EURO. Już się cieszy, już szykuje się do zmiany, a tu jeden wielki hooy, mecz się skończył. Ale trenerze, jakby co, to jest gotowy.
Alejandro Sabella (bez oceny): Wciąż trąci nieporozumieniem, ale dobrze, że ofensywna gra nabiera rumieńców. Dokładnie tych samych, jak kobiety na widok Leo.
Puenta dnia: Leo Messi i pamiątkowe zdjęcie z sędzią liniowym... Może i był tym wyraźnie podirytowany, niektórzy zrobili z arbitra śmiecia i frajera... ale ten człowiek w sędziowskim stroju, ma nad Wami drogie dzieci przewagę. On ma wspólne zdjęcie z Messim, a Wy nie.
Od przyszłego tygodnia spodziewajcie się kilku zmian na blogu. Czy będzie to szata graficzna, liczba notek, czy więcej treści nie tylko piłkarskiej... to zagadka.
środa, 17 października 2012
poniedziałek, 15 października 2012
Tango Messiego na jesienną pogodę
Kto by się spodziewał, że trener Sabella spróbuje zabrać ze sobą organ myślowy na mecz. A jednak zrobił to, dzięki czemu Albicelestes przegnali Urusów z własnej pampy wynikiem 3-0. Styl gry, który już nie odpychał swoim archaizmem sprawił, że zawodnikom nieco przyjemniej kleiła się piłka. O ile za pierwszym razem myślałem, że jestem na haju, o tyle obejrzenie tego spotkania po raz drugi uświadomiło mi, że Sabella nie jest taki zły, jak go malują w Krainie Srebra.
Co prawda, powiela gdzieniegdzie błędy natury selekcji kadrowej, wyboru ostatecznej jedenastki na kwestiach taktycznych kończąc. Ale to, co sprawiało we mnie odruchy wymiotne, tamtego dnia napełniło mnie umiarkowanym optymizmem. Czyżby zwiastun zmiany na tronie?
Sergio Romero (3+): Bardzo przyzwoity mecz golkipera na lata. Przy nieurodzaju, jaki ma Argentyna na tej pozycji, Sergio może spać spokojnie, gdyż Andujar spuścił z tonu, a Orion dopiero co wrócił po kontuzji. Ustariego zresztą traktuję jako żart, niż cudowne odrodzenie "talentu". Na przedpolu Romero był spokojny, na linii jeszcze lepiej się sprawował. Mimo, że rywale nie specjalnie sprawiali mu kłopoty, mecz może uznać, za udany.
Pablo Zabaleta (3+): Wrócił do kadry ten, którego krytykowałem za przeciętność, wybrakowanie i średnio skuteczne wejścia ze skrzydła. Myślicie, że nie jestem zdziwiony tym co zastałem w meczu z Charruas? Jestem i właśnie dlatego zagrał jak dla mnie, jeden z lepszych meczów w kadrze. Co prawda dawał się czasem ogrywać jak dziecko, ale skutecznie ograniczył zapędy Suareza i Cavaniego.
Federico Fernandez (2): Kontrolował z różnym skutkiem Suareza, żeby gdzieś nie utonął w trawie, gdy zanurkuje w polu karnym. A tak, to był mocno przeciętny występ, bardzo drewnianego piłkarza. Wyprowadzanie piłki - tragedia.
Ezequiel Garay (3): Przyzwoicie, ale bez błysku. Nie zrobił niczego złego, ale i tych dobrych zagrań brakowało z jego strony. Jeśli chodzi zaś o eliminację zagrożenia, wywiązywał się bez zarzutu.
Marcos Rojo (2): Nie jestem zwolennikiem jego talentu i pewnie na długo to się nie zmieni. W pierwszej połowie fajnie szarpał na skrzydle, co mnie z deczka zszokowało. Potem było już coraz gorzej, co u niego jest normą wyrobioną jeszcze w Moskwie. Nie miał co prawda jakiś ewidentnych wpadek, ale zrzucać to na karb młodości i niedoświadczenia brzmi dla mnie dość komicznie. W jego przypadku do poprawy idzie wytrzymałość, bo chłopak jako pierwszy łapie objawy "oddychania rękawami".
Fernando Gago (3+): Leoś był z jego współpracy zadowolony. W większości przypadków, jego podania był celne, umiejętnie rozruszał środek pola i czasem kasował zagrożenie ze strony rywali. Widać, że Gisela Dulko dba o męża, kiedy ten wraca do domu.
Javier Mascherano (4): Jak jest w gazie, to nie przepuści nikogo. Nawet komornik nie wejdzie do jego domu, bez względu na to czy Javier ma długi czy też nie. To jest właśnie pozycja, na której ma grać i już dawno ktoś w Barcelonie wywalić na ławę Sergio B.
Angel Di Maria (4+): Cherlawy anioł z Rosario objawił się tym, że grając na niewłaściwej dla siebie pozycji zanotował dobry występ. Ten drybling, ta szybkość, dynamizm - dla kadry jest on dziś bezcennym graczem. Urugwajczycy nie mieli żadnego pomysłu na zatrzymanie rozpędzonej maszyny, naoliwionej żelem.
Lionel Messi (6): ALLELUJA!!! ALLELUJA!!!
Sergio Aguero (3+): Zrobił to co do niego należało, czyli trafił do siatki. Ale przez większą część spotkania grał na alibi. Na tle ogólnym wypadł bardzo przyzwoicie, lecz trochę za często sam próbował coś skończyć. Ten egoizm warto by było nieco ukrócić.
Gonzalo Higuain (2): Jeden z najgorszych piłkarzy Albicelestes w meczu. Kompletnie bezbarwny, bez polotu, odrobiny wyobraźni i jakiejś pozytywnej wiary w siebie. Nie była to, co prawda katastrofa na miarę Titanica, ale na minus wyróżnił się kilkoma stratami i niedokładnymi podaniami. Widać lekki spadek formy.
Hugo Campagnaro (1+): Wchodząc za Rojo skupił się tylko i wyłącznie na defensywie. Zresztą zmiana to była nierozsądna, albowiem to klasyczny środkowy, nie zaś skrzydłowy. Byle jaki występ, który jeśli ma zapaść w pamięci, to raczej od tej negatywnej strony. Wolny, niedokładny, ale przynajmniej wykopie piłkę, nie zaś się z nią bawi we własnym polu karnym.
Pablo Guinazu (1+): Zastąpił Kuna. Oczywiście wiązało się to ze zmianą ustawienia, ale aż trzech DM-ów to o jednego za dużo. Wykonał swoją brudną robotę, ale na tyle odstawiając fuszerkę, że wciąż jest on w tej kadrze zbędny.
Hernan Barcos (2): Wszedł za Higuaina i... niczego nie zmienił.
Alejandro Sabella (bez oceny): W drodze do psychiatryka porwano samochód, który miał go tam zawieść. Wpadł na nikczemną taktykę 4-3-3, które o dziwo zdało egzamin na 3+. Jeśli dokona niezbędnych poprawek, to być może anuluje mu zaproszenie na badania. Jednak parę miesięcy spędzone z pedagogiką nie poszły na marne.
Reasumując: Nie popadajmy w hurraoptymizm. Albowiem o tym samym pomyślał chłopak z dziewczyną, gdy będąc nad rzeką, spędzili cudownie upojną noc. Dziewięć miesięcy później zmienił zdanie...
Co prawda, powiela gdzieniegdzie błędy natury selekcji kadrowej, wyboru ostatecznej jedenastki na kwestiach taktycznych kończąc. Ale to, co sprawiało we mnie odruchy wymiotne, tamtego dnia napełniło mnie umiarkowanym optymizmem. Czyżby zwiastun zmiany na tronie?
Sergio Romero (3+): Bardzo przyzwoity mecz golkipera na lata. Przy nieurodzaju, jaki ma Argentyna na tej pozycji, Sergio może spać spokojnie, gdyż Andujar spuścił z tonu, a Orion dopiero co wrócił po kontuzji. Ustariego zresztą traktuję jako żart, niż cudowne odrodzenie "talentu". Na przedpolu Romero był spokojny, na linii jeszcze lepiej się sprawował. Mimo, że rywale nie specjalnie sprawiali mu kłopoty, mecz może uznać, za udany.
Pablo Zabaleta (3+): Wrócił do kadry ten, którego krytykowałem za przeciętność, wybrakowanie i średnio skuteczne wejścia ze skrzydła. Myślicie, że nie jestem zdziwiony tym co zastałem w meczu z Charruas? Jestem i właśnie dlatego zagrał jak dla mnie, jeden z lepszych meczów w kadrze. Co prawda dawał się czasem ogrywać jak dziecko, ale skutecznie ograniczył zapędy Suareza i Cavaniego.
Federico Fernandez (2): Kontrolował z różnym skutkiem Suareza, żeby gdzieś nie utonął w trawie, gdy zanurkuje w polu karnym. A tak, to był mocno przeciętny występ, bardzo drewnianego piłkarza. Wyprowadzanie piłki - tragedia.
Ezequiel Garay (3): Przyzwoicie, ale bez błysku. Nie zrobił niczego złego, ale i tych dobrych zagrań brakowało z jego strony. Jeśli chodzi zaś o eliminację zagrożenia, wywiązywał się bez zarzutu.
Marcos Rojo (2): Nie jestem zwolennikiem jego talentu i pewnie na długo to się nie zmieni. W pierwszej połowie fajnie szarpał na skrzydle, co mnie z deczka zszokowało. Potem było już coraz gorzej, co u niego jest normą wyrobioną jeszcze w Moskwie. Nie miał co prawda jakiś ewidentnych wpadek, ale zrzucać to na karb młodości i niedoświadczenia brzmi dla mnie dość komicznie. W jego przypadku do poprawy idzie wytrzymałość, bo chłopak jako pierwszy łapie objawy "oddychania rękawami".
Fernando Gago (3+): Leoś był z jego współpracy zadowolony. W większości przypadków, jego podania był celne, umiejętnie rozruszał środek pola i czasem kasował zagrożenie ze strony rywali. Widać, że Gisela Dulko dba o męża, kiedy ten wraca do domu.
Javier Mascherano (4): Jak jest w gazie, to nie przepuści nikogo. Nawet komornik nie wejdzie do jego domu, bez względu na to czy Javier ma długi czy też nie. To jest właśnie pozycja, na której ma grać i już dawno ktoś w Barcelonie wywalić na ławę Sergio B.
Angel Di Maria (4+): Cherlawy anioł z Rosario objawił się tym, że grając na niewłaściwej dla siebie pozycji zanotował dobry występ. Ten drybling, ta szybkość, dynamizm - dla kadry jest on dziś bezcennym graczem. Urugwajczycy nie mieli żadnego pomysłu na zatrzymanie rozpędzonej maszyny, naoliwionej żelem.
Lionel Messi (6): ALLELUJA!!! ALLELUJA!!!
Sergio Aguero (3+): Zrobił to co do niego należało, czyli trafił do siatki. Ale przez większą część spotkania grał na alibi. Na tle ogólnym wypadł bardzo przyzwoicie, lecz trochę za często sam próbował coś skończyć. Ten egoizm warto by było nieco ukrócić.
Gonzalo Higuain (2): Jeden z najgorszych piłkarzy Albicelestes w meczu. Kompletnie bezbarwny, bez polotu, odrobiny wyobraźni i jakiejś pozytywnej wiary w siebie. Nie była to, co prawda katastrofa na miarę Titanica, ale na minus wyróżnił się kilkoma stratami i niedokładnymi podaniami. Widać lekki spadek formy.
Hugo Campagnaro (1+): Wchodząc za Rojo skupił się tylko i wyłącznie na defensywie. Zresztą zmiana to była nierozsądna, albowiem to klasyczny środkowy, nie zaś skrzydłowy. Byle jaki występ, który jeśli ma zapaść w pamięci, to raczej od tej negatywnej strony. Wolny, niedokładny, ale przynajmniej wykopie piłkę, nie zaś się z nią bawi we własnym polu karnym.
Pablo Guinazu (1+): Zastąpił Kuna. Oczywiście wiązało się to ze zmianą ustawienia, ale aż trzech DM-ów to o jednego za dużo. Wykonał swoją brudną robotę, ale na tyle odstawiając fuszerkę, że wciąż jest on w tej kadrze zbędny.
Hernan Barcos (2): Wszedł za Higuaina i... niczego nie zmienił.
Alejandro Sabella (bez oceny): W drodze do psychiatryka porwano samochód, który miał go tam zawieść. Wpadł na nikczemną taktykę 4-3-3, które o dziwo zdało egzamin na 3+. Jeśli dokona niezbędnych poprawek, to być może anuluje mu zaproszenie na badania. Jednak parę miesięcy spędzone z pedagogiką nie poszły na marne.
Reasumując: Nie popadajmy w hurraoptymizm. Albowiem o tym samym pomyślał chłopak z dziewczyną, gdy będąc nad rzeką, spędzili cudownie upojną noc. Dziewięć miesięcy później zmienił zdanie...
czwartek, 11 października 2012
Pampa the pampa, wielka wina lampa #3
- Zaczynamy nietypowo, a od tematu, który wkrótce dostanie oddzielną notkę na blogu. Mowa oczywiście o piłkarzach zaginionych, o kolorowej historii, którzy pojawili się w Polsce i nie tylko w tym kraju. Dziś będzie nim Cesar Cortes, pewien nietypowy chilijski snajper, który wiosnę sezonu 09/10 spędził w Polonii Warszawa. Rozgrywając raptem 4 spotkania w Ekstraklasie, bardziej niż jego gra ciekawiła jego biografia i CV. Te, było dość ubogie, choć zawierał mały hiszpański epizod w Albacete (epizod dobre słowo - raptem 4 niepełne mecze). Po tym jak władający Polonią - Józef Wojciechowski wybulił ze swojej sakwy 400 tysięcy dolarów, spodziewano się po zawodniku szumu, huku i korony króla strzelców. Ostatecznie skończyło się jedynie na szumie, ale to z powodu jego egzotycznego pochodzenia. Nie przystosowany do polskich warunków, przy dość długiej aklimatyzacji, zawodnik prędko zwinął żagle, obierając kurs na ojczyznę. Konkretnie do Evertonu Vina del Mar, żeby już po 8 miesiącach dać dyla do Huachipato. Tam w 16 spotkaniach zanotował 7 trafień, co można uznać, za całkiem przyzwoitą statystykę. Potem dość nieoczekiwanie zawodnik... zadebiutował w reprezentacji narodowej 12 sierpnia w meczu towarzyskim z Ekwadorem. Co prawda drużyna dostała porządne baty 3-0, ale najciekawszy dla polskiego kibica wątek to wejście z ławki Cesara Cortesa. W 65 minucie gry zastąpił on Estebana Menę i na tym skończył się jego widoczny udział w tym meczu. Rola statysty się dopełniła, CV uzupełnione, a jak teraz prezentuje się chłopina? Cóż, klub dalej ten sam a w tym sezonie zagrał w 11 spotkaniach notując 5 goli. Żeby nie było tak wspaniale, niech za łyżkę dziegciu posłuży fakt, że ostatnią bramkę zdobył drugiego września. Przyzwoitość w grze chilijskiego napastnika jest znana, w Polsce pozostała nieodkrytą. Piłkarz jest klasycznym wyrobnikiem, który salonów nie podbije, a to za sprawą dynamiki oraz siły. Potrafi co prawda dobrze rozegrać kombinacyjną piłkę, ale za chwile gdzieś potknie się o własne nogi. Z tego już 28-letniego mężczyzny już nic większego pewnie w karierze nie spotka. Choć, skoro był mecz w reprezentacji...
- Reprezentacje narodowe zdominują najbliższe kilka dni. Cały świat ogarnie narodowa duma, poczucie patriotyzmu i inne temu podobne akcenty. O jej pielęgnację zadbają wszyscy ci, których interesuje hasło "Ojczyzny ratowanie". A pomagać jest gdzie, albowiem Argentyna niezwłocznie potrzebuje wolnego miejsca w zakładzie psychiatrycznym. Na podstawie diagnozy, przebadano już selekcjonera kadry Alejandro Sabellę, gdzie wykryto śladowe ilości szarych komórek w jego organizmie. To sprawia, że już teraz należy współczuć Messiemu, że szanse na sukcesy z kadrą narodową ma znikome. Jeśli Sabella dalej będzie forował swoje kółko różańcowe w osobach:
Clemente Rodrigueza
Marcosa Rojo
Enzo Pereza
Pablo Guinazu
Rodrigo Brany
Federico Fernandeza
Leandro Desabato
Hugo Campagnaro
To gwarantuje (z palcami splecionymi z tyłu), że biorę pierwszy lepszy samolot do Buenos Aires i biorę robotę selekcjonera kadry. Zasadnicze pytanie, jakie stawiają już wszyscy brzmi: "Czy Sabella dostrzega, że wyżej wymienieni piłkarze, nie zasługują na zakładanie reprezentacyjnej koszulki?". Odpowiedź brzmi, nie. To smutne, że los wspaniałych talentów muszą ograniczać trenerskie ofiary losu, które w swym myśleniu taktycznym zatrzymali się w latach 80-tych. Wyroby Piechniczkopodobne już tak dają się we znaki, że już sam nie wiem, czy oglądanie kadry narodowej to gorący film erotyczny z dziewczyną, czy film dokumentalny o narodzinach delfinów. Przy czym z całym szacunkiem dla miłośników zwierząt, ale widok małych delfinów kojarzą mi się z Sergio Busquetsem, więc... Po prostu czekam na koniec tych przeklętych eliminacji.
- Brazylia w Polsce? Czy to jest możliwe? Jak widać tak. Piłkarze z tego kraju to istny rarytas, który ze sfery marzeń stał się rzeczywistym faktem. We Wrocławiu, Canarinhos pod wodzą Mano Menezesa szykują się do potyczki z Irakiem (jutro) oraz meczu z Japonią (wtorek). Zabawa czy głupoty na treningach to częsty widok, który pokazuje radość jaka z nich emanuje. A, że widoczna jest gołym okiem, to piłkarze polskim chłodem się nie wzruszają, podobnie jak tym brazylijskim w osobie dziennikarzy. Ucieczka z kraju ma na celu wyciszenie i odzyskanie spokoju, którego wyraźnie DT brakuje. Jako, że już wcześniej wspominałem, z jaką krytyką się Mano mierzy, bardziej chciałem wspomnieć o dość ciekawym dla mnie zachowaniu... fanów piłkarzy a zwłaszcza łowców autografów. "Neymar Plisss", "Neymar!!!", "Kaka, Kaka" - czy naprawdę, tak trudno jest się nauczyć, chociaż jakiegoś prostego zdania ze słowem autograf czy photo? Zawsze to zabrzmi lepiej, ktoś nawet to zauważy i doceni, to zostawi gdzieś swój wpis do zeszytu. Co prawda Kanarkowi nie byli skorzy do podzielenia się z fanami jakimiś wieściami, dziennikarzy z naszego kraju potraktowali dość szorstko, choć z drugiej strony... jak słyszą pytania o to "Jak im się podoba w Polsce", to nie dziwę im się z jakimi ludźmi mają do czynienia. W dodatku z tym Kaką, te wołanie jego imienia przez kibiców, z prośbą o autograf to istna parodia. Z tego co wiem, to jak się mówiło "kaka" to oznaczało, że trzeba zmienić pieluchę, bo zrobiło się kupkę.
- Spoglądam w niebo, niby czyste, ale gdzieś tam pojawiają się chmurki. Nie, to nie efekt palenia czegokolwiek, a widoków na osobę Juana Romana Riquelme, który nie może zaznać spokoju, nawet w trakcie wymuszonych przez siebie wakacji. Dziś kraj obiegła informacja, że już nawet jego syn pragnie, by ojciec wracał do kopania piłki oraz swoich rywali. Puentą było to oto zdanie piłkarza: "Jeśli mój syn pragnie, żebym znów zaczął grać - to się zastanowię". Nie przestaje już mnie to zadziwiać, ale chyba jeszcze bardziej te zdjęcie poniżej, które kilka godzin temu zostało wyćwierkane:
Dla niewiedzących i wzruszonych "skalą melanżu", przedstawię od lewej: Riquelme (i wszystko jasne), Alfio Basile (słynny degustator każdej możliwej cieczy - pzdr od Staszka L.), Reinaldo Merlo (dostawca musztardy i ogórków) oraz Horacio Pagani (dziennikarz, który wyznaje riquelmizm).
- Reprezentacje narodowe zdominują najbliższe kilka dni. Cały świat ogarnie narodowa duma, poczucie patriotyzmu i inne temu podobne akcenty. O jej pielęgnację zadbają wszyscy ci, których interesuje hasło "Ojczyzny ratowanie". A pomagać jest gdzie, albowiem Argentyna niezwłocznie potrzebuje wolnego miejsca w zakładzie psychiatrycznym. Na podstawie diagnozy, przebadano już selekcjonera kadry Alejandro Sabellę, gdzie wykryto śladowe ilości szarych komórek w jego organizmie. To sprawia, że już teraz należy współczuć Messiemu, że szanse na sukcesy z kadrą narodową ma znikome. Jeśli Sabella dalej będzie forował swoje kółko różańcowe w osobach:
Clemente Rodrigueza
Marcosa Rojo
Enzo Pereza
Pablo Guinazu
Rodrigo Brany
Federico Fernandeza
Leandro Desabato
Hugo Campagnaro
To gwarantuje (z palcami splecionymi z tyłu), że biorę pierwszy lepszy samolot do Buenos Aires i biorę robotę selekcjonera kadry. Zasadnicze pytanie, jakie stawiają już wszyscy brzmi: "Czy Sabella dostrzega, że wyżej wymienieni piłkarze, nie zasługują na zakładanie reprezentacyjnej koszulki?". Odpowiedź brzmi, nie. To smutne, że los wspaniałych talentów muszą ograniczać trenerskie ofiary losu, które w swym myśleniu taktycznym zatrzymali się w latach 80-tych. Wyroby Piechniczkopodobne już tak dają się we znaki, że już sam nie wiem, czy oglądanie kadry narodowej to gorący film erotyczny z dziewczyną, czy film dokumentalny o narodzinach delfinów. Przy czym z całym szacunkiem dla miłośników zwierząt, ale widok małych delfinów kojarzą mi się z Sergio Busquetsem, więc... Po prostu czekam na koniec tych przeklętych eliminacji.
- Brazylia w Polsce? Czy to jest możliwe? Jak widać tak. Piłkarze z tego kraju to istny rarytas, który ze sfery marzeń stał się rzeczywistym faktem. We Wrocławiu, Canarinhos pod wodzą Mano Menezesa szykują się do potyczki z Irakiem (jutro) oraz meczu z Japonią (wtorek). Zabawa czy głupoty na treningach to częsty widok, który pokazuje radość jaka z nich emanuje. A, że widoczna jest gołym okiem, to piłkarze polskim chłodem się nie wzruszają, podobnie jak tym brazylijskim w osobie dziennikarzy. Ucieczka z kraju ma na celu wyciszenie i odzyskanie spokoju, którego wyraźnie DT brakuje. Jako, że już wcześniej wspominałem, z jaką krytyką się Mano mierzy, bardziej chciałem wspomnieć o dość ciekawym dla mnie zachowaniu... fanów piłkarzy a zwłaszcza łowców autografów. "Neymar Plisss", "Neymar!!!", "Kaka, Kaka" - czy naprawdę, tak trudno jest się nauczyć, chociaż jakiegoś prostego zdania ze słowem autograf czy photo? Zawsze to zabrzmi lepiej, ktoś nawet to zauważy i doceni, to zostawi gdzieś swój wpis do zeszytu. Co prawda Kanarkowi nie byli skorzy do podzielenia się z fanami jakimiś wieściami, dziennikarzy z naszego kraju potraktowali dość szorstko, choć z drugiej strony... jak słyszą pytania o to "Jak im się podoba w Polsce", to nie dziwę im się z jakimi ludźmi mają do czynienia. W dodatku z tym Kaką, te wołanie jego imienia przez kibiców, z prośbą o autograf to istna parodia. Z tego co wiem, to jak się mówiło "kaka" to oznaczało, że trzeba zmienić pieluchę, bo zrobiło się kupkę.
- Spoglądam w niebo, niby czyste, ale gdzieś tam pojawiają się chmurki. Nie, to nie efekt palenia czegokolwiek, a widoków na osobę Juana Romana Riquelme, który nie może zaznać spokoju, nawet w trakcie wymuszonych przez siebie wakacji. Dziś kraj obiegła informacja, że już nawet jego syn pragnie, by ojciec wracał do kopania piłki oraz swoich rywali. Puentą było to oto zdanie piłkarza: "Jeśli mój syn pragnie, żebym znów zaczął grać - to się zastanowię". Nie przestaje już mnie to zadziwiać, ale chyba jeszcze bardziej te zdjęcie poniżej, które kilka godzin temu zostało wyćwierkane:
![]() |
| Tak się szlachta bawi... |
czwartek, 4 października 2012
Pampa the pampa, wielka wina lampa #2
- Sebastian Battaglia jest już coraz bliżej ogłoszenia zamiaru zakończenia piłkarskiej kariery. Trzeba dodać, kariery faceta ze szkła. Głównym powodem jest oczywiście kontuzja pomocnika, z którą zmaga się już od ponad roku, a ostatni mecz rozegrał 11 grudnia zeszłego roku przeciwko All Boys. Przy gorącej owacji na stojąco, był to jego jedyny mecz w tamtym sezonie, który dał mu możliwość dopiski "mistrz kraju Apertura 2011". Od tamtego czasu zawodnik szukał pomocy u chirurgów specjalistów w USA i Holandii, lecz na próżno. Lekarze poinformowali ostatecznie piłkarza o tym, że nie ma już żadnych szans na powrót na boisko, godząc się z rolą obserwatora popisów innych kopaczy. Seba nie kryjąc się z tym przyznaje, że odczuwa ogromny głód piłki, a jej niemożność kopania sprawia mu ogromny ból. Dziś wszyscy oczekują jedynie komunikatu w tej sprawie, a sam piłkarz walczy jedynie o to, żeby móc pożegnać się ze swoimi kibicami i przyjaciółmi z Boca. Nastąpi to zapewne jeszcze w tym roku, ale pokrótce wypada przedstawić jegomościa. Battaglia już od urodzenia leżał w kołysce w barwach Xeneizes, z miłości dla której wyjechał w wieku 13 lat z rodzinnego Santa Fe. Mieszkając samotnie, od początku przechodził wszystkie szczeble juniorskich drużyn Boca, aż w końcu trafił w 1997 roku do pierwszej drużyny z takimi tuzami jak Riquelme, Palermo, braćmi Schelotto a nawet Maradoną (100 kilo żywego wówczas tłuszczu narkotykowego) czy Caniggią. Zespół mimo epickich nazwisk, przed którymi każda panna rozchyla uda nie przyniosła spodziewanego sukcesu. :Lecz akurat dla Seby, było to jedynie przetarcie przed bardziej niecnymi historiami. Jego debiut miał miejsce 31 maja 1998 roku w meczu z Gimnasią y Tiro de Salta, którą to Xeneizes rozbili 4-0. Tuż po meczu nowym trenerem został Carlos Bianchi, który zaufał już na stałe Battaglii, który obrósł w piórka na tyle, by z małego kurczaczka stać się kogutem pierwsza klasa. Do 2003 roku, nie licząc kilku komplikacji zdrowotnych zagrał 149 spotkań. Od sezonu 2004/2005 zawodnik przystępuje do gry już w barwach Villarreal, które za jego usługi zapłaciło 2,8 mln euro (i to za raptem 50% praw). W tym oto momencie następuje upadek Seby, związanej z przelicznymi kontuzjami lewej i prawej nogi czy problemami rodziny, z przystosowaniem się do życia w Europie. Przedłużające się negocjacje między Villarreal a Boca zakończyły się sukcesem, dzięki któremu El Leon powrócił na ukochaną ziemię argentyńską po raptem roku. Od tamtej pory piłkarz choć potrafił wznieść się na wyżyny swojego talentu, kasując wszelkie zagrożenie ze strony rywali, nigdy nie wyzbył się kłopotów zdrowotnych. Przerwy trwające minimum rok sprawiały, że Boca miała coraz mniej pożytku z jego gry, zwłaszcza, że był jednym z najlepiej opłacanych graczy w klubie (800 tys. dolarów rocznie). Jednak zdobycie z klubem aż 17 różnych trofeów z Xeneizes gloryfikowały go do miana legendy. W reprezentacji Albicelestes piłkarz zadebiutował 31 stycznia 2003 roku przeciwko Hondurasowi, zmieniając Leo Ponzio. Ostatecznie jego licznik zatrzymał się na 10 meczach, w których to jedynie ocierał się o możliwość uczestnictwa w mundialach w 2006 oraz 2010 roku. O jego życiu poświęcę oddzielną notkę, ale już dziś mogę o nim powiedzieć "oddany, wierny, szklany, kochany, dobry choć nie genialny" i za to Sebę będę cenił... Szkoda tylko tych kontuzji, które na dobre pogrążyły karierę, która mogła być o wiele bardziej kolorowa w sukcesy indywidualne.
- Jeden z najbardziej prominentnych rekinów biznesu, telewizji, sportu (generalnie wszystkiego) Marcelo Tinelli jako wiceprezydent San Lorenzo zamierza zrobić porządek na Nuevo Gasometro. Odkąd zobaczył jak jego ukochana ekipa kroczy ku drugiej lidze, natychmiast podjął się zadania obalenia starego Carlosa Abdo i to z sukcesem (przez całą jego kadencję krzyczano odmianę jego nazwiska do słowa "Abdicacion" czyli... abdykacja). Działający oficjalnie w cieniu Lemmensa (marionetki Tinelliego na stanowisku prezydenta), chce wpompować trochę forsy i generalnie zmodernizować, nieco skostniałe obyczaje w klubie. Najpierw zajął się remontem sypiącej się trybuny, która parę miesięcy temu na oczach całego kraju w tv... zaczęła się rozpadać. Związku z tym, przeprowadzono kontrolę, która wykazała, że kamień pod budowę obiektu był lichej jakości i należy natychmiast stadion... rozebrać. Poprzednie władze klubu niewzruszone, grały na zwłokę oczekując powrotu do dzielnicy Almagro, gdzie znajdują się faktyczne korzenie San Lo. Zmiany, wręcz rewolucyjne we władzach sprawiły, że plan ten trafił do kosza, a pojawił się za to pomysł o budowie nowej areny, w miejsce starej. Kolejne rewolucje szykowane są także na stanowisku szkoleniowca El Ciclon. Co prawda Ricardo Caruso Lombardi jeszcze dziś śpi spokojnie, gdyż Tinelli mocno mu jak na razie ufa. Ale każdy choć znający charakter Marcelo wiedzą, że to tylko słowa. Na razie ograniczył się póki co, do osoby nowego menadżera, którym zostanie Bernardo Romeo (legenda klubu), który dość mocno optuje za kandydaturą Santiago Solarim (aktualnie robi kursy trenerskie w Madrycie u boku Simeone). Co dalej? Tinelli chce przebudować nieco skład, choć wie, że pomiędzy Aperturą i Clausurą może dokonać tylko czterech transferów do klubu. Plany mówią nawet o 10 mln dolarów dotacji z konta biznesmena, który nie tylko inwestuje w San Lorenzo, ale także w siatkarski klub Drean Bolivar, który zszokował świat zatrudnieniem słynnego Giby. Prezenter słynnego w TV "Showmatch" stara się jak może, ale póki co drużyna aktualnie zajmuje 16 miejsce w lidze i 17 w tabeli spadkowej (od tego sezonu, z pierwszej ligi spadają trzy ostatnie zespoły). Mająca nóż na gardle ekipa z dzielnicy Boedo, nie zwiastuje jednak poprawy, swojej amatorskiej kopaniny. I właśnie dlatego w motywacji, ma im pomóc wspomniany Tinelli, który już zapowiedział częstsze wizyty na treningach pierwszego zespołu.
- W Botafogo nastrój azjatycki, czyli jako-tako. Co prawda ambicje klubu na Copa Libertadores są spóźnione, ale mając jeszcze 11 meczów w lidze do rozegrania i raptem 6 punktów do odrobienia względem Vasco, mają o co walczyć. Jednak od czterech meczów drużyna nie wygrała w lidze żadnego meczu, co wywołało kontrolowaną (słowo klucz) złość na dzisiejszym treningu w Clarencie Seedorfie. Swoją oratorską mową. zrugał słabo starających się kolegów, co trener de Oliveira z uśmiechem skwitował... klepiąc Holendra po tyłku. O tym, jak przyjemne jest macanie po dupsku taką sławę, pewnie się nie dowiemy. Ale na pewno motywacja rodem z Surinamu, będzie potrzebna na mecz z liderującym Fluminense. Z tym Fluminense to doprawdy mam jednak zgryz. W lidze liderzy, grają solidnie i mało widocznych wpadek, ale jak sobie przypomnę ich biedotę z Libertadores, to zaczynam się śmiać. Owszem, liga rządzi się swoimi prawami, bo personalnie klub aż taki cienki nie jest (Deco, Fred, Thiago Neves, Wellington Nem, Diego Cavalleri), ale pomysły na grę mają zaiste defensywne. Ale chętnie obejrzę sobie ten mecz, z takim samym nastawieniem jak Santosu z Internacionalem. Kiedy myślę Santos, to mówię Neymar i nie bez przyczyny. Bez niego grają słabo i brzydko wyglądają. Oto sposób, jak uzależniona od jednego gracza drużyna, wygląda jak facet schylający się w publicznym prysznicu po mydło. W teorii, na ten moment czeka przyczajony za rogiem Internacional, który stawia na sprawdzone postaci, jak chociażby Leandro Damiao, D'Alessandro, Nei, Forlan, Guinazu (tak wiem, Argentynie guzik taki potrzebny) czy Datolo. Choć to właśnie Forlan do spółki z resztą stranierich czują się molestowani, albowiem ich gra jest grzecznie mówiąc - usypiająco beznadziejna. Zwłaszcza Urus Diego zawodzi, z raptem trzema trafieniami w lidze, ciągnąc wątek słabej formy jeszcze z czasów gry w Interze, ale tym włoskim. W każdym razie Brasileirao w ten weekend, będzie miał ze mną sporo do czynienia. Wam także polecam, żebyście się nie truli ciągle, tylko europejskim dymem hiszpańsko-angielsko-włosko-polskim.
- Wieści może i ocierające się o świat plotek, ale warto o tym powiedzieć, coś niecoś. Juan Roman Riquelme, który jak pisałem niedawno, wziął się za intensywniejsze trenowanie, był dziś widziany na Villa Olimpica, czyli ośrodku treningowym Velezu Sarsfield. Tam podziwiał swojego młodszego brata Sebastiana, który grając w juniorach Argentinos, przyczynił się do zwycięstwa nad gospodarzami 2-1. Jedną z bramek strzelił wspomniany braciszek Romka, chcący pokazać się z jak najlepszej strony. Riquelme, który oficjalnie wpadł pogadać owszem z Sebą, ale Sosą (bramkarz Velezu, który zrobił nie małą aferę kontraktową z Boca) był witany na obiekcie gromkimi brawami. Podobno złożono mu hołd i modlono się w jego intencji, ale bardziej istotne było dla Maga, oglądanie kolejnego piłkarza z klanu Riquelme. Czy był zadowolony? Podobno tak, choć nie omieszkał w swoim stylu, wytknąć paru błędów młodemu adeptowi piłkarskiemu. Potrzebne dowody? Oto i one:
- Temat plejadowy zakończę Neymarem, którego wszędzie pełno, lecz nie na boisku (zwłaszcza w barwach Santosu). Jako, że ostatnio dostał czerwoną kartkę i 4 mecze pauzy, postanowił wziąć udział w kolejnej reklamie. Tym razem Kibonu, producentowi lodów, który od 1997 roku przeszedł pod władanie Unileveru (to Ci od Algidy, Domestosów, Axe'a czy mydełka Dove). Główną jej twarzą ma być oczywiście piłkarz, a najlepiej taki, który jeszcze za małego opychał się słodkościami. Zdjęcia z gwiazdą brazylijskiej piłki (to można spokojnie napisać, wszak taki ma w kraju swój status) w roli głównej, są komiczne, kolorowe i co ważne... urokliwie fajne. Neymar czuje się jak ryba w wodzie (nie wiem, czy wiecie ale Santos ma pseudonim Peixe czyli... Ryba) i świetnie się ze swojej roli wywiązuje. Gdyby nie piłka, pewnie byłby modelem na wybiegu w Paryżu, Mediolanie, Ulm czy Odessie. Bo nie mam żadnych wątpliwości, chłopak w reklamach sprawdza się doskonale. Sam piłkarz chwali zaś sobie lato, gorąc i pyszne lodziki z dzieciństwa, czyli bardzo przyjemny okres z jego życia... Dlatego na wieść o tym, że będzie mógł do tego powrócić, szeroko się uśmiechnął i przebrał w różne śmieszne ciuszki. Oczywiście nic to, przecież reklamy lodów, od zawsze były pozbawione jakikolwiek podtekstów erotycznych. Na dowód moich racji, spójrzmy sobie na to zdjęcie:
PS W każdy czwartek, spodziewajcie się takiego małego przeglądu wiadomości. Będę możliwie starał się nieco rozszerzać zasięg pochodzenia newsów, dlatego nie będzie to tylko argentyńsko-brazylijski miksu.
- Jeden z najbardziej prominentnych rekinów biznesu, telewizji, sportu (generalnie wszystkiego) Marcelo Tinelli jako wiceprezydent San Lorenzo zamierza zrobić porządek na Nuevo Gasometro. Odkąd zobaczył jak jego ukochana ekipa kroczy ku drugiej lidze, natychmiast podjął się zadania obalenia starego Carlosa Abdo i to z sukcesem (przez całą jego kadencję krzyczano odmianę jego nazwiska do słowa "Abdicacion" czyli... abdykacja). Działający oficjalnie w cieniu Lemmensa (marionetki Tinelliego na stanowisku prezydenta), chce wpompować trochę forsy i generalnie zmodernizować, nieco skostniałe obyczaje w klubie. Najpierw zajął się remontem sypiącej się trybuny, która parę miesięcy temu na oczach całego kraju w tv... zaczęła się rozpadać. Związku z tym, przeprowadzono kontrolę, która wykazała, że kamień pod budowę obiektu był lichej jakości i należy natychmiast stadion... rozebrać. Poprzednie władze klubu niewzruszone, grały na zwłokę oczekując powrotu do dzielnicy Almagro, gdzie znajdują się faktyczne korzenie San Lo. Zmiany, wręcz rewolucyjne we władzach sprawiły, że plan ten trafił do kosza, a pojawił się za to pomysł o budowie nowej areny, w miejsce starej. Kolejne rewolucje szykowane są także na stanowisku szkoleniowca El Ciclon. Co prawda Ricardo Caruso Lombardi jeszcze dziś śpi spokojnie, gdyż Tinelli mocno mu jak na razie ufa. Ale każdy choć znający charakter Marcelo wiedzą, że to tylko słowa. Na razie ograniczył się póki co, do osoby nowego menadżera, którym zostanie Bernardo Romeo (legenda klubu), który dość mocno optuje za kandydaturą Santiago Solarim (aktualnie robi kursy trenerskie w Madrycie u boku Simeone). Co dalej? Tinelli chce przebudować nieco skład, choć wie, że pomiędzy Aperturą i Clausurą może dokonać tylko czterech transferów do klubu. Plany mówią nawet o 10 mln dolarów dotacji z konta biznesmena, który nie tylko inwestuje w San Lorenzo, ale także w siatkarski klub Drean Bolivar, który zszokował świat zatrudnieniem słynnego Giby. Prezenter słynnego w TV "Showmatch" stara się jak może, ale póki co drużyna aktualnie zajmuje 16 miejsce w lidze i 17 w tabeli spadkowej (od tego sezonu, z pierwszej ligi spadają trzy ostatnie zespoły). Mająca nóż na gardle ekipa z dzielnicy Boedo, nie zwiastuje jednak poprawy, swojej amatorskiej kopaniny. I właśnie dlatego w motywacji, ma im pomóc wspomniany Tinelli, który już zapowiedział częstsze wizyty na treningach pierwszego zespołu.
- W Botafogo nastrój azjatycki, czyli jako-tako. Co prawda ambicje klubu na Copa Libertadores są spóźnione, ale mając jeszcze 11 meczów w lidze do rozegrania i raptem 6 punktów do odrobienia względem Vasco, mają o co walczyć. Jednak od czterech meczów drużyna nie wygrała w lidze żadnego meczu, co wywołało kontrolowaną (słowo klucz) złość na dzisiejszym treningu w Clarencie Seedorfie. Swoją oratorską mową. zrugał słabo starających się kolegów, co trener de Oliveira z uśmiechem skwitował... klepiąc Holendra po tyłku. O tym, jak przyjemne jest macanie po dupsku taką sławę, pewnie się nie dowiemy. Ale na pewno motywacja rodem z Surinamu, będzie potrzebna na mecz z liderującym Fluminense. Z tym Fluminense to doprawdy mam jednak zgryz. W lidze liderzy, grają solidnie i mało widocznych wpadek, ale jak sobie przypomnę ich biedotę z Libertadores, to zaczynam się śmiać. Owszem, liga rządzi się swoimi prawami, bo personalnie klub aż taki cienki nie jest (Deco, Fred, Thiago Neves, Wellington Nem, Diego Cavalleri), ale pomysły na grę mają zaiste defensywne. Ale chętnie obejrzę sobie ten mecz, z takim samym nastawieniem jak Santosu z Internacionalem. Kiedy myślę Santos, to mówię Neymar i nie bez przyczyny. Bez niego grają słabo i brzydko wyglądają. Oto sposób, jak uzależniona od jednego gracza drużyna, wygląda jak facet schylający się w publicznym prysznicu po mydło. W teorii, na ten moment czeka przyczajony za rogiem Internacional, który stawia na sprawdzone postaci, jak chociażby Leandro Damiao, D'Alessandro, Nei, Forlan, Guinazu (tak wiem, Argentynie guzik taki potrzebny) czy Datolo. Choć to właśnie Forlan do spółki z resztą stranierich czują się molestowani, albowiem ich gra jest grzecznie mówiąc - usypiająco beznadziejna. Zwłaszcza Urus Diego zawodzi, z raptem trzema trafieniami w lidze, ciągnąc wątek słabej formy jeszcze z czasów gry w Interze, ale tym włoskim. W każdym razie Brasileirao w ten weekend, będzie miał ze mną sporo do czynienia. Wam także polecam, żebyście się nie truli ciągle, tylko europejskim dymem hiszpańsko-angielsko-włosko-polskim.
- Wieści może i ocierające się o świat plotek, ale warto o tym powiedzieć, coś niecoś. Juan Roman Riquelme, który jak pisałem niedawno, wziął się za intensywniejsze trenowanie, był dziś widziany na Villa Olimpica, czyli ośrodku treningowym Velezu Sarsfield. Tam podziwiał swojego młodszego brata Sebastiana, który grając w juniorach Argentinos, przyczynił się do zwycięstwa nad gospodarzami 2-1. Jedną z bramek strzelił wspomniany braciszek Romka, chcący pokazać się z jak najlepszej strony. Riquelme, który oficjalnie wpadł pogadać owszem z Sebą, ale Sosą (bramkarz Velezu, który zrobił nie małą aferę kontraktową z Boca) był witany na obiekcie gromkimi brawami. Podobno złożono mu hołd i modlono się w jego intencji, ale bardziej istotne było dla Maga, oglądanie kolejnego piłkarza z klanu Riquelme. Czy był zadowolony? Podobno tak, choć nie omieszkał w swoim stylu, wytknąć paru błędów młodemu adeptowi piłkarskiemu. Potrzebne dowody? Oto i one:
![]() |
| Riquelme: Spójrz nosicielu mojej yerby. Tam sobie kiedyś dupczyłem za młodu. |
- Temat plejadowy zakończę Neymarem, którego wszędzie pełno, lecz nie na boisku (zwłaszcza w barwach Santosu). Jako, że ostatnio dostał czerwoną kartkę i 4 mecze pauzy, postanowił wziąć udział w kolejnej reklamie. Tym razem Kibonu, producentowi lodów, który od 1997 roku przeszedł pod władanie Unileveru (to Ci od Algidy, Domestosów, Axe'a czy mydełka Dove). Główną jej twarzą ma być oczywiście piłkarz, a najlepiej taki, który jeszcze za małego opychał się słodkościami. Zdjęcia z gwiazdą brazylijskiej piłki (to można spokojnie napisać, wszak taki ma w kraju swój status) w roli głównej, są komiczne, kolorowe i co ważne... urokliwie fajne. Neymar czuje się jak ryba w wodzie (nie wiem, czy wiecie ale Santos ma pseudonim Peixe czyli... Ryba) i świetnie się ze swojej roli wywiązuje. Gdyby nie piłka, pewnie byłby modelem na wybiegu w Paryżu, Mediolanie, Ulm czy Odessie. Bo nie mam żadnych wątpliwości, chłopak w reklamach sprawdza się doskonale. Sam piłkarz chwali zaś sobie lato, gorąc i pyszne lodziki z dzieciństwa, czyli bardzo przyjemny okres z jego życia... Dlatego na wieść o tym, że będzie mógł do tego powrócić, szeroko się uśmiechnął i przebrał w różne śmieszne ciuszki. Oczywiście nic to, przecież reklamy lodów, od zawsze były pozbawione jakikolwiek podtekstów erotycznych. Na dowód moich racji, spójrzmy sobie na to zdjęcie:
![]() |
| Hey skarbie, czy nie zechciałabyś ze mnie wydoić wszystkich soków? |
PS W każdy czwartek, spodziewajcie się takiego małego przeglądu wiadomości. Będę możliwie starał się nieco rozszerzać zasięg pochodzenia newsów, dlatego nie będzie to tylko argentyńsko-brazylijski miksu.
Opatrzność czuwa i reaguje!!!
Chwała temu, który sprawił, że elektronika znów przegrała z matką naturą!
Tym razem mecz pomiędzy Argentyną a Brazylią nie odbył się z powodu awarii oświetlenia w trakcie odgrywania hymnów narodowych (och jakie to patriotyczne, emocjonalne i podniosłe!!!). Co prawda po kilkudziesięciu minutach, udało się co prawda odpalić górne oświetlenie, ale jeden z jupiterów niewzruszony dalej nie chciał oglądać szykowanej wielkimi krokami, nędznej kopaniny. Piłkarze jeszcze przez dobrą godzinę na murawie grali w dziada, aż w końcu sędzia w towarzystwie kapitanów obu ekip, podjął decyzję o odwołaniu spotkania. Przy ogromnym niezadowoleniu kibiców, piłkarze opuścili boisko, a usterka dalej pozostała nie naprawiona.
Szukanie winnych zaistniałej sytuacji już się rozpoczęło, choć na dobrą sprawę i tak całe szczęście, że nikt nie musiał tego spotkania oglądać. Canarinhos, żeby jednak nie wyjechać ze stadionu głodni piłki, zjedli w zastępstwie coś równie okrągłego a mianowicie... pizzę. Argentyńczycy ograniczyli się jedynie do powrotu do domu, albowiem rozdawanie autografów rozwścieczonym kibicom, było nie najlepszym pomysłem. Choć szkoda, bo przynajmniej kilku z nich zrobiłoby sobie zasłużoną przerwę od gry w kadrze.
Jak zapowiedział Juan Carlos Crespi, który reprezentował AFA w tym meczu (jednocześnie viceprezydent Boca Juniors), zostanie przeprowadzone wnikliwe śledztwo, jednocześnie informując, że końcowy zwycięzca tego klasyku zostanie wyłoniony drogą konsultacji z CBF.
Z kolei Andre Santos reprezentujący CBF w tym spotkaniu, zaznaczył wyraźnie, że rozegranie tego spotkania w innym terminie nie wchodzi w grę, gdyż:
- Nasz kalendarz na ten rok jest już przepełniony. Nie ma technicznej możliwości, rozegrania tego spotkania w tym roku.
Najbardziej w tym wszystkim szkoda jedynie kibiców, którzy na darmo przyszli sobie pooglądać piłkarzy dłubiących w nosie, poprawiających makijaż czy tańczących do przeboju Michela Telo z wakacji. Co prawda byli naiwni wydając te 70 pesos (najtańsze bilety), ale skoro już pofatygowali się na stadion, to choć należy im się odszkodowanie. O tej sprawie zadecyduje już AFA, lecz należy się spodziewać, że zwrot kasy to ostatnia rzecz, jaką chcieliby zrobić.
Odkąd Rayo Vallecano było prekursorem, tak dziś awaria oświetlenia stała się nowym trendem na boiskach całego świata. Lubię awangardę tej klasy.
![]() |
| No panowie, to sobie pograliśmy... |
Tym razem mecz pomiędzy Argentyną a Brazylią nie odbył się z powodu awarii oświetlenia w trakcie odgrywania hymnów narodowych (och jakie to patriotyczne, emocjonalne i podniosłe!!!). Co prawda po kilkudziesięciu minutach, udało się co prawda odpalić górne oświetlenie, ale jeden z jupiterów niewzruszony dalej nie chciał oglądać szykowanej wielkimi krokami, nędznej kopaniny. Piłkarze jeszcze przez dobrą godzinę na murawie grali w dziada, aż w końcu sędzia w towarzystwie kapitanów obu ekip, podjął decyzję o odwołaniu spotkania. Przy ogromnym niezadowoleniu kibiców, piłkarze opuścili boisko, a usterka dalej pozostała nie naprawiona.
Szukanie winnych zaistniałej sytuacji już się rozpoczęło, choć na dobrą sprawę i tak całe szczęście, że nikt nie musiał tego spotkania oglądać. Canarinhos, żeby jednak nie wyjechać ze stadionu głodni piłki, zjedli w zastępstwie coś równie okrągłego a mianowicie... pizzę. Argentyńczycy ograniczyli się jedynie do powrotu do domu, albowiem rozdawanie autografów rozwścieczonym kibicom, było nie najlepszym pomysłem. Choć szkoda, bo przynajmniej kilku z nich zrobiłoby sobie zasłużoną przerwę od gry w kadrze.
Jak zapowiedział Juan Carlos Crespi, który reprezentował AFA w tym meczu (jednocześnie viceprezydent Boca Juniors), zostanie przeprowadzone wnikliwe śledztwo, jednocześnie informując, że końcowy zwycięzca tego klasyku zostanie wyłoniony drogą konsultacji z CBF.
Z kolei Andre Santos reprezentujący CBF w tym spotkaniu, zaznaczył wyraźnie, że rozegranie tego spotkania w innym terminie nie wchodzi w grę, gdyż:
- Nasz kalendarz na ten rok jest już przepełniony. Nie ma technicznej możliwości, rozegrania tego spotkania w tym roku.
Najbardziej w tym wszystkim szkoda jedynie kibiców, którzy na darmo przyszli sobie pooglądać piłkarzy dłubiących w nosie, poprawiających makijaż czy tańczących do przeboju Michela Telo z wakacji. Co prawda byli naiwni wydając te 70 pesos (najtańsze bilety), ale skoro już pofatygowali się na stadion, to choć należy im się odszkodowanie. O tej sprawie zadecyduje już AFA, lecz należy się spodziewać, że zwrot kasy to ostatnia rzecz, jaką chcieliby zrobić.
Odkąd Rayo Vallecano było prekursorem, tak dziś awaria oświetlenia stała się nowym trendem na boiskach całego świata. Lubię awangardę tej klasy.
środa, 3 października 2012
Stawka większa od śmiechu
Związku z dzisiejszą Ligą Mistrzów, wielu fanów piłkarskich raczej nie zmieni swoich planów na wieczór. No chyba, że chętnie go sobie wydłużą w oczekiwaniu na godzinę 3:00 w czwartek czasu polskiego. Wtedy to w Argentynie w malutkiej Resistenci, dojdzie do Superclasico, pomiędzy gospodarzami a jej odwiecznymi rywalami - Brazylią. Jako, że nie jest to termin FIFA, oba kraje mogą przystąpić do tego spotkania wyłącznie w składach krajowych. Zanim dopadnie nas atak śmiechu, który może zakończyć się śmiercią, przyjrzyjmy się "wynalazkom" profesorów Alejandro Sabelli i Mano Menezesa:
Argentyna:
Oscar Ustari - Gino Peruzzi, Lisandro Lopez, Seba Dominguez, Leandro Desabato, Clemente Rodriguez - Maxi Rodriguez, Rodrigo Brana, Pablo Guinazu - Juan Manuel Martinez, Hernan Barcos.
Ustawienie 5-3-2, bardziej znane jako 7-1-2... Gospodarz meczu, "wielka" Argentyna w meczu z Brazylią desygnuje skład tak idiotyczny, tak poroniony i tak ułożony, że ręce opadają. W teorii, widzimy trzech kadrowiczów (Clemente, Brana, Guinazu), którzy od dawna figurują w notesie Sabelli, ale aktualnie będący kompletnie bez formy. Niech nie zdziwi was ślepota trenera, który uparcie ich powołuje do tej niby normalnej kadry z Leo na czele. W lidze wiedzie im się katastrofalnie, kibice w klubach drwią z drewnianych amatorów, poruszających się w slow-motion. Jak bardzo źle? Bardzo źle. Ze swoich zadań nie wywiązują się wcale, grają na alibi i jeszcze nawet gotowi są wysadzić własnego trenera (vide Clemente w Boca, sytuacja analogiczna jak w Wiśle Kraków), bo ma inne zdanie od nich (choć to temat na oddzielną dyskusję). Dla takich gości, już tuż przed wejściem na obiekt powinno się wywiesić tabliczkę "Wstęp wzbroniony" i poszczuć psami, gdyby to ostrzeżenie zignorowali.
Pewną wątpliwością pozostaje jedynie Lopez, albowiem trener ma jeszcze pomysł z wystawieniem nominalnego enganche w osobie Waltera Montillo. Prawdopodobieństwo jednak tej zmiany wynosi 0,0000000000000001%
Żadnych argumentów trener nie dostarcza także na ofensywę, gdzie za wspomniane kreowanie gry mają odpowiadać Maxi, Martinez i Barcos. Przy zerowym wsparciu u reszty kolegów, wypady na bramkę Kanarkowych, należy traktować jako misję samobójczą. Nominalny skrzydłowy, rezerwista w Corinthians i całkiem skuteczny gość w dołującym Palmeiras nie zwiastują słońca nad prowincją Chaco.
Jakie to czasy nastały, żeby Argentyna musiała być nastawiona tak defensywnie do rywala... nawet Helenio Herrera się w grobie przewraca, intensywnie wymiotując, gdyż nawet on w swoich perwersyjnych myślach nie stosował aż tak defensywnego catenacchio.
Brazylia:
Jefferson - Lucas Marques, Rever, Dede, Fabio Santos - Paulinho, Ralf - Lucas, Jadson, Neymar - Leandro Damiao.
Menezes na razie nie ma za dobrej prasy. W mediach jak i sami kibice są nastawieni do osoby szkoleniowca delikatnie mówiąc negatywnie, który przynosi więcej wstydu niż chwały. Porażka w Copa America, przerżnięta Olimpiada - to nie tak miało być, a stało się zgoła odwrotnie. Totalna klapa nie zniechęca Mano, a mecz z Argentyną generalnie w kraju, kwituje się jedynie szerokim ironicznym uśmiechem. Nikt, tak na dobrą sprawę nie interesuje się aż tak bardzo tym meczem, nawet jeśli jest to odwieczny rywal.
Gwoli formalności, wykonawcy jak i ustawienie sugerują, że jeśli Canarinhos nie wygrają tego spotkania wynikiem nie większym niż 4-0, to należy uznać to za kompromitację. Przy przestraszonym rywalu, który nawet nie udaje, że się tylko broni, Neymar i spółka będą kontrolować grę nie dopuszczając zbytnio do kontrataków.
Właściwie to wszystko powinno zostać zatrzymane już na połowie boiska, gdyż Ralf i Paulinho, którego ŁKS wyparł się więcej razy niż Św. Piotr są po prostu na tle rywali po prostu za dobrzy. Za mocni, żeby dawać się ogrywać paralitykom na wózkach inwalidzkich. I za mocni, żeby plamić kanarkową koszulkę.
Mecz, który stanowiłby pewien wymiar porównawczy zawodników krajowych na tą chwilę pokazuje, że Brazylijczycy mieliby powody do spokoju. Lecz niestety Mano, jak i Sabella po drugiej stronie barykady takiej możliwości nam nie dają swoimi wyborami kadrowymi (przynajmniej w pewnej części). Ba, w Kraju Kawy częstym tematem jest raczej sens zabierania klubom takich graczy jak chociażby Neymara czy Lucasa na mecze kadry, kiedy sami mało co grają w lidze.
Mój typ: 4-1 dla Brazylii. Bramkę dla Argentyny strzeli "niesamowity" rezerwowy o bliżej nieokreślonym nazwisku.
wtorek, 2 października 2012
Riquelme? Esta Feliz?
Wczoraj Boca pokazała, że jest "Barceloną posiadania piłki". Jak to możliwe? Otóż w meczu z San Martin wykazano, że Los Xeneizes przez 71% czasu meczu, mieli przy swoich nogach futbolówkę. Niestety nawet to nie przysłoniło obrazu nędzy i rozpaczy, kiedy to podopieczni Falcioniego TYLKO zremisowali z drużyną z prowincji 1-1. Lecz ten wpis (krótki) nie będzie dotyczył Boca jako całości a pewnej jednostki...
Ten gość, który na plecach ma wykaz firm sponsorujących (hojnie!) argentyńską reprezentację to nikt inny jak... Juan Roman Riquelme. Czy ktoś myślał, że od czasu zawieszenia umowy z Boca będzie jedynie robił grilla rodzinnego i oglądał tv z piwem w ręku? Oczywiście, na to może sobie pozwolić, ale aktualnie piłkarz wciąż nie zakończył kariery, a mimo jego zapowiedzi... wciąż chce ganiać za łaciatą. Ćwiczy, biega, wyciska - to i jeszcze więcej robi Roman, kiedy wszyscy jeszcze drzemią lub idą spać. Tak, od 5 czerwca, kiedy obwieścił światu (a zwłaszcza mi) smutną nowinę, naród argentyński musiał dzielnie to przyjąć na klatę. Dzieci nie chciały chodzić do szkół, a ich rodzice zamykali się w piwnicy, byle tylko nie wyjść do pracy. Ale dziś piłkarz wraca (a podobno wrócił już wcześniej, tylko ktoś teraz na to wpadł) do intensywniejszych zajęć, które mają doprowadzić do tego, by już w 2013 roku świat znowu miał ujrzeć maga w akcji.
Oczywiście jest też opcja, że Roman od tak sobie ćwiczy, bo nie mógł znieść widoku Ronaldo (tego z Brazylii) i postanowił zadbać o swoją sylwetkę. I wcale nie planuje powrotu na murawę... Ale dla nie wierzących, jeszcze jedna fota z owego wydarzenia...
PS Po meczu Xeneizes z San Martin, kibice zgodnym chórem przez 10 minut śpiewali: "Riquelme! Riquelme!" nawołując jego magiczną wysokość, do powrotu na ukochaną ziemię Bosteros. Czy wzruszony Romek nie dotrzyma słowa i wróci ratować swój klub? Warto nadmienić, że Riquelme już łamał obietnice, kiedy wrócił do kadry Albicelestes po nieudanym mundialu w 2006 roku za namową Alfio Basile. Zmiana decyzji zajęła mu nieco ponad rok...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





