czwartek, 2 maja 2013

Pampa the pampa, wielka wina lampa #12

Noc z Libertadores została przedłużona na kolejny dzień. Sami się o tym zresztą przekonacie.


- Totalny szok z niedowierzania. Choć nie wszystko się jeszcze wyjaśniło, to mamy obraz gry, który przewidziałem. Boca, która chciała uzyskać u siebie korzystny wynik zrobiła to. Ale, że jeszcze to spotkanie wygra? To kolejny już dowód na to, jak brazylijskie kluby podchodzą do meczów wyjazdowych. Lekko, spokojnie i dużą namiastką niesamowitej techniki zwanej "joga bonito". Lecz dziś wygrały łokcie, którymi operowała dzielnie brygada Carlosa Bianchiego. Wojna na środku pola uświadomiła, że mecz stał na wyższym poziomie niż Barcelona - Bayern. Jeśli zabrakło goli, to z nawiązka nadrabiano walką. Taki styl uwielbiam i dlatego zwyciężyła drużyna lepsza. Owszem, gdzieniegdzie spokojnie można się doszukać dziur w zębach Timao, technicznego wybrakowania u Xeneizes. Ale przewaga jednak była po stronie butnych Argentyńczyków. I to wszystko bez udziału Riquelme, który w ostatnim czasie robił za hamulcowego.

Lista zasłużonych bohaterów to nazwiska Oriona, Ervitiego, Erbesa oraz Blandiego (za gola). O ile ten pierwszy wygląda na jedyną wartą wzmianki postacią w przekroju całego sezonu, o tyle cała reszta brzmi dość szokująco. Erbes korzysta z niechęci Bianchiego do osoby Somozy, mimo iż jest raczej marnym DM-em. Erviti, któremu za pół roku kończy się umowa dopiero teraz zademonstrował to z czego słynie: z wszechstronności. No i koniec dla Blandiego, za gola, który sprawił mi banana na ustach, a mojego kuzyna pozbawił 488 złotych... Gdybym jednak miał coś dodać od siebie a propo arbitra Ossesa z Chile, to karanie kartkami tylko jednej drużyny. Xeneizes nie odpuszczali, nie mam co do tego wątpliwości, ale gracze Timao nie byli pod tym względem gorsi. A mimo to zostali oszczędzeni.

Prawdą jest, że całość brzmi jak pean na cześć Boca, ale trzeba im oddać to, że zwyczajnie na tą wygraną zasłużyli. Jednocześnie był to najlepszy mecz za kadencji El Virreya, który chyba po cichu marzy o jeszcze lepszym. Czy będzie mu to dane w Libertadores? Oj, tu chyba wielcy i niepoprawni optymiści w to wierzą. Bo na własnym obiekcie Corinthians zafunduję fajerwerkową capoeirę niż wyrafinowane i zmysłowe tango. Rewanż już za tydzień... Będzie lepiej niż w Lidze Mistrzów, więc nacieszcie swe oczy golem Blandiego.




Jednak materiał video potrzebuje jeszcze jednego rarytasu. Czyli debila stulecia w osobie Pablo Ledesmy. Najpierw ten bezduszny sędzia odebrał mu strzeloną bramkę (słusznie anulowaną, gdyż był na spalonym) a potem w akcie smutku wyrzucił z boiska. Czuł się bohaterem, więc zdjął koszulkę. Nieświadomie w swej świadomości zrobił z siebie frajera. Zresztą, sami zobaczcie:


Bijesz rekord... szacunek, ale wśród osób o ograniczonej wyobraźni.


- Tego samego dnia mogliśmy jeszcze zobaczyć wygraną Gremio nad Independiente Santa Fe 2-1. Od samego początku i do jego końca Gremio kontrolowało tempo gry. Zwalniając, by uśpić czujność rywala i przyspieszyć, żeby narobić mu bigosu. Nawet kiedy Santa Fe wyrównało Brazylijczycy nie próżnowali. Do Kolumbii przyjadą w dobrym nastroju, choć nieco zmąconym czerwienią Crisa i słabej dyspozycji Andre Santosa. Tak, tego samego co z Arsenalu wyciągnięto za czapkę śliwek. Do kompletu zaliczyłbym Elano, który mimo asysty gdzieś w tym tańcu z piłką się gubi.



Ogólnie jednak poziom tego spotkania był średni, z momentami tradycyjnej walki na łokcie. Gremio nie zdominowało ani nie zamknęło gości na własnej połowie, ani jakoś specjalnie nie utrudniali im kontratakować. Jeśli Indepediente faktycznie jest takie mocne u siebie, to chyba nie ma innego wyjścia jak strzelić dwa gole.

- Jednak jak zostało napisane na samej górze, dzisiejsza noc także świeci pod dyktando Libertadores.

Na początek bratobójcza walka Atletico Mineiro na wyjeździe z FC Sao Paulo. Ronaldinho i spółka już dawno mogliby sobie załatwić łatwiejszego rywala w osobie Arsenalu de Sarandi. Ale nie, uparli się, że skoro gramy tak zajebiście, to co za problem ograć Tricolor. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale takie pomysły mają swój przykry koniec. Na miejscu Ronny'ego zaliczyłbym kilka panieniek więcej, żeby samba została w Belo Horizonte. Mecz zaplanowano na 1:15, czyli na dzień wolny jak znalazł.

Natomiast drugi mecz to również brazylijski fight, lecz na ekwadorskiej ziemi. I od razu dla formalności uświadomię wszystkich, że Fluminense ma przechlapane. Emelec, którego stadion stoi na wysokości przekraczającej trzy tysiące m.n.p.m. to obiekt dla wyczynowców, co lubią mierzyć wysoko. To jedno z tych miejsc, o którego uniknięcie modli się cała klubowa Ameryka Południowa, co zapewne jest zrozumiałe. Lecz, jak dla mnie wyjątków nie ma i porażka Flu w tym meczu będzie wytłumaczona tylko i wyłącznie z powodów warunków atmosferycznych. To oni zainicjowali sześć lat temu kampanię na rzecz "wyeliminowania stadionów z gór Andów". Gdyby nie wstawiennictwo Argentyny, zapewne Brazylijczycy święciliby triumfy. Choć 50 lat temu nikt na to nie narzekał... Medycyna robi swoje. Godzina może co poniektórych odstrasza (3:30 czasu polskiego), ale jak nie znacie pojęcia sen...

- Julio Grondona i AFA lubią kombinować. Dlatego dziś w siedzibie tej wszechwładnej federacji toczy się debata nt. nowych zmian w rozgrywkach krajowych. Przed szereg wystąpiła druga liga (zwana B Nacional), która ma ulec powiększeniu do 22 ekip. Wciąż pozostaje nierozstrzygnięty los kolejnych niższych klas rozgrywkowych takich jak:

Primera B Metropolitana (w której grają tylko kluby z Buenos Aires i jej okolic. Łącznie 21 zespołów)
Torneo Argentino A (25 klubów z reszty kraju podzielone na dwie grupy: Północną i Południową)

I tym niższych, gdzie panuje bajzel z wyraźnym podziałem na kluby z okolic BA oraz na te uboższe z tak zwanej wsi.

Na razie powiększenie drugiej ligi do 22 drużyn, zostało już formalnie zainicjowane, lecz bez określonych zasad awansów i spadków, które mają zostać wg. AFA ustalone... w trakcie sezonu! To są już szczyty totalnego debilizmu, które jedynie poszerzają i tak ogromne bagno organizacyjne w Argentynie. Nie do końca wiadomo, czy drzewko awansu, które jest stworzone z dwóch korzeni (jedną stworzoną przez kluby z BA, druga przez całą resztę) nie zostanie ucięta do jednej słusznej. Planowo ma być ich 7 plus liga regionalna, ale lobby z Buenos Aires twardo stoi za utrzymaniem dotychczasowego ładu. 

Impas trwa, Grondona robi swoje... a gdzieś w tle przewija się prezydentowa Kirchner, która z futbolu zrobiła instrument do manipulowania ludźmi w kraju. Trzeba jej oddać jedno... Zna się dość dobrze na piłkach. If you know what i mean.

- Z ciekawości zajrzałem ponownie do Meksyku. Powód? Odkryto nowego Jose Mourinho!

Oczywiście to żart, bo trudno brać taki argument na poważnie, ale na uliczkach miasta Torreon już dokonano takiego chrztu. Mowa tu o klubie Santos Laguna, za którego sterami od stycznia 2013 roku zasiada Portugalczyk Pedro Caixinha. Do tej pory był nikomu nieznanym asystentem Jose Peseiro, z którym zwiedzał świat z Panathinaikosem, Rapidem Bukareszt, Sportingiem Lizbona aż po reprezentację Arabii Saudyjskiej. Na własny rachunek zaczął pracować dopiero w Leirze w 2010 roku, by rok później zamienić to na Nacional Madeirę. W trakcie sezonu przygotowawczego z tym ostatnim klubem sięgnął po puchar Ramona Carranzy. Historyczny sukces, a całkiem niedaleko zgrupowanie miał meksykański Santos Laguna. Prezydent klubu Alejandro Irarragorri, który usilnie poszukiwał nowego szkoleniowca w ojczyźnie postanowił się zainteresować Caixinhią. W ciągu jednego dnia przekonał trenera do spakowania w walizkę swoje rzeczy oraz resztę sztabu szkoleniowego, by wyruszyć do Meksyku.

Metody trenerskie zapożyczył od swoich bardziej uznanych fachowców z Portugalii takich jak Mourinho czy Villas-Boas. Te zaś zdały egzamin na 4+. Dlaczego na tyle? Otóż klub choć doszedł do finału Pucharu CONCACAF to poległ w decydującym starciu z Monterrey 4-2, mimo iż po 45 minutach byli o dwie bramki lepsi. Mimo tego wyczynu, drużyna zajmuje także czwarte miejsce w Clausurze, awansując do mistrzowskich play-offów. Szanse na mistrzostwo są więc duże.

A sekret trenera z Półwyspu Iberyjskiego? Przygotowanie fizyczne, rozmowy motywacyjne, gruntowna analiza przeciwnika oraz rodzinna atmosfera w szatni. Jeśli chcecie choć w części poznać warsztat tego pana to powiem, że ma na swoim koncie aż 6 książek z tej tematyki. Jedna z nich została nawet wydana po angielsku, ale zdobycie jej graniczy z cudem. Takim samym jak postawa klubu w lidze meksykańskiej....

A wiecie, że w Santosie Laguna biega po boisku Marc Crosas? Taki hiszpański niegdyś talent z niegdyś Barcelony co niegdyś miał podbić świat...

- Bad news dla kibiców Tigre. Ruben Botta, piłkarz stanowiący ok. 99% siły tego zespołu zerwał więzadła krzyżowe w lewej nodze. Wyrok jest dla niego tragiczny, bo do pełni sił powróci dopiero za pół roku. To oznacza już koniec sezonu dla piłkarza i prawdziwe tarapaty dla Tigre... Casus Bale'a z Tottenhamu w wersji argentyńskiej? Wszystko wydaje się możliwe, więc kibice postanowili wykupić kilka mszy w pobliskim kościele w jego intencji...

Pech goni pech i po ludzku jest mi go zwyczajnie szkoda.

- Pablo Migliore, piłkarz San Lorenzo, który siedzi w areszcie za domniemany udział w zabójstwie, wierzy, że lada dzień wyjdzie z pudła, bo to "niemożliwy absurd mieszać mnie w coś takiego"...Zaraz się popłaczę. I tak otrzymałeś coś takiego jak "zasada domniemania niewinności", także siedź grzecznie bo akurat z Tobą czy bez San Lorenzo nie będzie grało lepiej, a z kibicami masz na pieńku ze względu na zadeklarowaną miłość do Boca. Obyś miał szczęście nie odsiedzieć wyroku w szerszym gronie, bo kibiców Ci w więzieniu dostatek a smak nowych rozkoszy.... dobra, żarty na bok.

Sprawa jest gruba, interesowały się nimi wszystkie media w kraju i zagranicą, ale podtekstów jest mnóstwo. Wkrótce piłkarz otrzyma większą szansę na spowiedź w wywiadzie telewizyjnym, jaki planowany jest po weekendzie. Wtedy tez szerszy komentarz do tej sprawy.

- Na koniec nowa tradycja, czyli muzyczne refleksje.

Dziś Babasonicos to kolejna żywa legenda argentyńskiego rocka. Założona w 1991 roku z inicjatywy Adriana Dargelosa miała początkowo problemy z nazwą jaki miała grupa przybrać. Zdecydowano się na inspiracje ze świata jakie czerpał za malucha wyciszony i skromny Dargelos. Tak więc nazwa pochodzi od połączenia dwóch rzeczy: Shirdi Sai Baby - tajemniczego indyjskiego jogina i muzułmańskiego fakira oraz... kreskówki The Jetsons, która w języku hiszpańskim zwie się "Los Supernicos". Marzeniem grupy było zdetronizowanie odchodzącej ze sceny tria z Soda Stereo ze wspomnianym na moim blogu Gustavo Ceratim. W odróżnieniu od nich postanowili grać rocka bardziej psychodelicznego, podpierając się przy tym mieszanką popu czy funku. Do kompletu doszły też mocne akcenty na "dziwne" teledyski (którymi autorem z reguły jest Dargelos) i tak gitarrra zaczęła grać. I tak rozpoczął się skuteczny podbój list przebojów a Argentyńczycy z większą chęcią przychodzili na koncerty. Trend zresztą trwający do dnia dzisiejszego.

Po wydaniu 10 płyt, szykują się na wydanie 11-stej, która może zawierać śladowe ilości futbolu. Prywatnie jednak panowie raczej nie chcą o tym rozmawiać, gdyż za chwilę doszłoby do rozpadu grupy. bo mamy jednego kibica Lanus, drugiego z River Plate, Boca a nawet Platense.... A oto jeden z efektów ich prac twórczych "Capricho" (pl. kaprys):




PS Uwaga teledysk zawiera śladowe ale ocenzurowane ilości golizny... Nie ma tak łatwego ściągania kaptura z mnicha.

środa, 1 maja 2013

Dociupciać do ćwierćfinału

Wszyscy niemal na zabój podziwiają Ligę Mistrzów. Tam niemal na wyciągnięcie ręki możemy się doczekać niemieckiego finału (o ile rzeczony Bayern nie zrobi z siebie frajerów). Ale w Ameryce Południowej, gdzie Libertadores od dawna jest niedoceniany otrzymujemy cuda jakich mało.

Najpierw ogromną sensacją jest występ Realu Garcilaso, który w zeszłym tygodniu pokonał bardziej utytułowany Nacional Montevideo. Niby po przeciwnej stronie rywal z mocną urusową paczką (choć bez kontuzjowano-skłóconych Recoby i Abreu) wciąż silny, ale z drugiej strony ambitni podopieczni Freddy'ego Garcii. Wynik 1-0 mówi sam za siebie, a mieszanka peruwiańsko-paragwajsko-argentyńska zdaje póki co egzamin. Zabawne, że klub ten powstał w... 2009 roku i przebojem wdarł się na krajowe salony. Mimo to, mam wątpliwości czy nie powtórzy on casusu Cucuty,. Caracasu czy nawet Once Caldas, które z wielkim animuszem wbili na imprezę mistrzów. I z podobnym skutkiem zostali z niej wyrzuceni. A argumenty na to są dość spore, jeśli weźmiemy pod uwagę specyficzny klimat własnego stadionu, anemiczną obronę dowodzoną przez Jhoela Herrerę (mało kto wie, ale ten gość kiedyś grał w GKS Bełchatów) i wreszcie słabych napastników. Rewanż na Montevideo szykuje się na dość emocjonujący, ale zapewne do dwóch-trzech goli.

Ale skoro mowa o sensacjach to Tigre, argentyński ogórek podparty Rubenem Bottą pokonał 2-1 Olimpię Asunción. Ten wynik, jak i postawa obu drużyn to niespodzianka warta wzmianki. Bo jak to jest, że takie coś zwane Tigre czyni z Libertadores rozgrywki bardziej spektakularne od europejskiego odpowiednika? Odpowiedź narzuca nam kilka wskazówek: łapówki, Botta oraz łapówki. Tak naprawdę o tym klubie można powiedzieć, że sobie egzystuje w lidze argentyńskiej nikomu specjalnie nie przeszkadzając. Owszem dwa wicemistrzostwa kraju fajna sprawa, ale od samego początku to byli rzemieślnicy nastawieni na brutalną grę wyprostowanymi kończynami. Rywal się z reguły martwi jak zamieni go na szpital polowy. Dlatego wyjazdy do Victorii traktuje jak podróż do Sajgonu. Ale smaczkiem odbija się osoba Botty, człowieka który lada moment będzie trenował w Interze. O ile Włosi raczej nie zrobią z niego podstawowego gracza (a chciałbym się mylić!) to w Tigre rozwój tego chłopaka mnie wprost zadziwia. Zgodzę się, gościa już nie nauczysz niczego nowego ze względu na wiek, ale przeskok w postaci grubszego portfela już tak. Jak na 23-latka który głównie trenuje na piachu udający trawę, jest technicznie wykwalifikowany. Do tego dochodzi naprawdę sokoli wzrok i kreatywność. On napędza Tigre, a tygrys kąsa swoje potencjalne ofiary. Ja pierniczę, toż to kieł jakiego w lidze brakuje! Więc wyobraźcie sobie, w jakiej ciemnej dupie musi być liga, że za najlepszego zdolniachę uznaje się właśnie Bottę. Nie to, że mam do niego wątpliwości, bo jest dobry ale 23-letni gość przyszłością narodu? Ricky Alvarez vol 2 się szykuje.

Dla spragnionych widoków, link (ten komentator to nie Ryczel...):


Remis w meczu Palmeiras - Tijuana należy określić mianem kłopotów dla Meksykanów. Atut własnego boiska i wyraźnej przewagi został zmarnowany i wyjazd na Pacaembu może zniweczyć ich szanse na ćwierćfinał. Z przebiegu meczu Tijuana wyraźnie ograniczała ofensywne zapędy graczy Verdao. Jednak jeśli już coś chcieli skonstruować pod bramką rywali, to albo zamieniali się w graczy rugby, albo świetny był Bruno. Zresztą, na dowód materiał video...


Ale za to dzisiaj w nocy kolejne dwa mecze 1/8 i to te z gatunku przedłużonego stosunku. Na początek Gremio zajmie się kolumbijskim Santa Fe. I niby wszystko przemawia za silniejszymi graczami z Porto Alegre, ale jest parę detali, które trochę grzebią siłę tego klubu. Pierwsza to oczywiście dyskwalifikacja dla trenera Luxemburgo za "nieładne" zachowanie z ostatniego meczu z Huacipato, za które dostał aż 6 meczów kary. A to oznacza, że na ławkę może wrócić dopiero na finał, o ile tam Gremio się zamelduje. A tak, pozbawiony DT zespół, który narobił masy super wzmocnień wprost proporcjonalnie do tego zawodzi. A jeśli doliczymy takie smaczki jak: najlepiej spisujący się Marcelo Moreno już wylądował we Flamengo, Eduardo Vargas dyma nieletnie modelki, a reszta kadry obnosi się ze swoją potęgą... dlatego nie jestem zdziwiony, jak ostatni raz mecz wygrali 7 kwietnia w rozgrywkach stanowych z Ceramicą zaledwie 1-0. Przy takim założeniu nie mogę wykluczyć męczenia buły u siebie i tradycyjnego oklepu na wyjeździe. Tam Independiente odrabia wszystko to, co straci na wyjeździe. Awans Kolumbijczyków nawet mnie ucieszy, ale nie ze względu na jakąś zakamuflowaną nić sympatii, a raczej... jednego Brazylijczyka mniej równa się szczęśliwy Mastrangelo.

Tak btw. popatrzcie z czego Gremio zbudowało sam atak: Marcelo Moreno, Welliton (wyp. ze Spartaka), Barcos, Vargas (wyp. z Napoli) i Kleber. To przecież mocna paczka, gdzie tylko Moreno wyglądał najlepiej a i tak odchodzi. Jak na warunki panujące w Ameryce Łacińskiej, zbudować taki fundament na którym się ten dom chwieje... skądś już to znam.


Deserowo rewanż za finał sprzed roku, Boca Juniors - Corinthians i mało znaków zapytania. Przy takiej formie Xeneizes powinni odpaść i zwinąć żagle zanim wypłyną do Sao Paulo. Ale ilość rarytasów, która wręcz wylewa się ze stołu sprawia, że wolę pospać podczas meczu Bayernu z Barcelony, żeby tylko obejrzeć ten mecz. Po pierwsze oba kluby przedzielą w niedzielę prestiżowe mecze (Corinthians w stanówce zagra z Sao Paulo, a Boca derby z River). Odpuszczając którekolwiek ze spotkań oczywiście oznacza wystawienie się na pośmiewisko własnych kibiców. Ci, żądają 200% zaangażowania w każdym meczu, więc trzeba odpowiednio rozkładać siły. Po drugie Boca chce udowodnić, że wszystko co było za nimi jest teraz przed, zaczynając tym samym spektakularny finisz zakończony wygraną. Bianchi, który Kanarkowym się nie kłania jako pierwszy (do tej pory ma świetny bilans meczów przeciwko nim) może zmazać nieudane miesiące powrotu na ławkę trenerską. Przy takim rozgardiaszu jaki panuje na La Bombonerze, ciężko w to uwierzyć... ale Corinthians może się trochę pomęczyć, zanim w rewanżu zrobi swoje. Niby to będzie jednostronny pojedynek, we wszystko wpisuje się jednak słowo "niby". I choćby dlatego chcę zasmakować tej rzeczywistości. Bez względu na to, czy okaże się słodka czy gorzka... Przełknę to.


I na sam koniec Deco. Ten nieszczęsny reprezentant Portugalii zaliczył wpadkę dopingową. Furosemid, na którym został przyłapany i wykryty w jego organizmie to... dość zabawna wpadka. Sam piłkarz tłumaczy się oczywiście, że Ci wredni farmaceuci to nieuki, które mu coś tam zmieszały... ale na co to było piłkarzowi? Cóż, jak mnie pamięć nie zawodzi, to lek pomaga wyzbyć się jak najwięcej wody z organizmu, regulując przy okazji ciśnienie. Skoro aż tak chciał pomóc swojemu zwieraczowi, to pytanie co dalej? Oczywiście na tą chwilę został wykluczony z meczu z Emelec, lecz niewykluczone, że zostanie zawieszony na dłuższy czas. 

piątek, 26 kwietnia 2013

Still Nothing...

Jutro oczy świata bokserskiego zostaną zwrócone ku Buenos Aires. W Argentynie dojdzie do pojedynku uznawanego za część "pojedynku o Falklandy", sporne wyspy na Oceania Atlantyckim.

A co ma z tym wspólnego futbol? No cóż, arenę główną jaką będzie stadion Velezu Sarsfield. A to wszystko w przebraniu boksera w koszulkę narodową Albicelestes, wyznaniem przyjaźni z Leo Messi i innemu tego typu pierdoły.

Trzeba przyznać, że spirala tego widowiska kręci się doskonale. Reżyseria pierwszej klasy a to wszystko by pokazać, że argentyński boks nie zaginął i ma swojego mocarza. Oczywiście Maravillę Martineza!!!


Dwanaście rund, niczym powtórka z 1982. Kto lepiej będzie grzmocił? Tego nie odpuszczę, radzę też i Wam rzucić okiem. W końcu taki rarytas na stadionie piłkarskim. Będzie lało i to nie tylko pot i krew...



A tak na poważnie... Podpatrzone w Polsce, skopiowane w Argentynie. Chyba świat mnie nie przestaje zadziwiać tak samo jak fakt, że... to najkrótsza Pampa, jaką kiedykolwiek mogliście na własne oczy ujrzeć.

Rozwinięcie się zwinęło, wybaczcie ale w Ameryce póki co nudy, nudy i raz jeszcze... nudy. Gdyby chociaż ktoś do kogoś strzelał, komuś dał w pysk. Ale nie, nawet tego. Bo ile mam czasu poświęcać na Boca, River i ich wewnętrzne problemy. Ile czasu potrzeba, żeby coś się zakręciło jak należy... Chociaż, jakby tak popatrzeć szerzej, to... oj nie, teraz to odpuszczam!!!





PS Wpis niech da do zrozumienia, że żyję i mam się dobrze... ale ten irytujący sprzęt już najmniej. Czeka go wymiana na lepszy.

Ogłoszenie parafialne vol. 2 (chyba)

Drodzy parafianie.

Ze smutkiem informuję, że wtorkowa jak i czwartkowa "Pampa..." nie pojawiła się na blogu z przyczyny awarii kompa. Na szczęście niebieskie BSoD-y już zniknęły z mojego życia (na jakiś czas), więc dziś w piątek dostaniecie bardziej rozbudowaną wersję "Pampy" wraz z powrotem jednego z cykli, który miał co najmniej jeden artykuł (ha, kombinujcie który!).

Pozdrawia wasz bloger latino, Don Mastrangelo.

piątek, 19 kwietnia 2013

Pampa the pampa, wielka wina lampa #11

Zmiany z nadawaniem Pampy. Od dziś w każdym tygodniu otrzymacie dwa, a nie jak dotychczas jeden skrót ciekawszych wieści z Ameryki. Wtorek oraz piątek będą stały pod znakiem wiadomości z Ameryki Południowej, tej piłkarskiej rzecz jasna.

- Faza grupowa Copa Libertadores dobiegła już szczęśliwie do końca i w swoim stylu przyniosła niesamowite emocje. Tak, emocje nie tylko piłkarskie, ale też te z gatunku barmańskich awantur. Lecz ograniczę się tylko do dwóch meczów.

Najpierw ten, który sprawił, że Liga Mistrzów ma w sobie godnego konkurenta od strony sportowej (włącznie z komentatorem). Tigre - Libertad i końcowy awans Argentyńczyków.


Oraz to co się działo równolegle, czyli Gremio - Huachipato.


I właśnie na tym ostatnim meczu się zatrzymam. To już gigantyczny skandal, że po raz kolejny widz otrzymuje obrazki pomeczowej bijatyki. Przy tym słodkie macanki z Gran Derbów to pikuś. O ile w Europie co najwyżej przeciwnicy się pomasują po barkach, w Ameryce Południowej z wielką ochotą będą się kopać po genitaliach i wzajemnie robić lewatywę. Dziś z rana w mediach grzmią właśnie o tym spotkaniu, bo to już kolejny przejaw braku kontroli nad tym co się dzieje. O dziwo kolejny raz awantura wybucha z udziałem Brazylijczyków, którzy "dzielnie się bronią przed agresorami". Jak wcześniej byli to piłkarze Tigre oraz Arsenalu de Sarandi, tak teraz czas na inną nację i klub - Huachipato. Największą ofiarą starć został trener Gremio - Vanderlei Luxemburgo, który uciekając do szatni postanowił trochę powyzywać krewkich Chilijczyków. A kiedy jak na powyższym filmie się wywrócił, przeciwnicy ruszyli go z zamiarem skopania. I trzeba przyznać udało im się uczynić to parę razy, dopóki policja nie zaczęła rozdzielać awanturników. O co poszło? Jak zwykle o awans i niesprawiedliwe sędziowanie pod Gremio. Szukając sprawiedliwości krewcy zawodnicy Huachipato wyruszyli wyrównać rachunki z przeciwnikami. Ogólnie jedna wielka dzicz, którą co trzeba przyznać sprowokowali gracze Gremio, którzy od drugiej połowy zaostrzyli środki, by zatrzymać Chilijczyków. A sędzia oszczędził sobie wypisywania w protokołach przyczyn, dla których miał pokazać czerwone kartki. Przy czymś takim, nietrudno o awanturę, którą w powietrzu się radośnie unosiła.

I teraz pytanie zasadnicze: Jak się pozbyć takich obrazków? Oczywiście w żaden sposób, bo dziś CONMEBOL ma na to zwyczajnie wyje**ne, tłumacząc to "zjawiskiem futbolowego folkloru". Tak samo zresztą wyjaśnili kilkanaście tygodni temu śmierć 14-letniego chłopca z Boliwii, który dostał racą wystrzeloną przez innego dzieciaka z Corinthians. Taką samą odpowiedź mieli na wieśniackie zachowanie piłkarzy Arsenalu i Atletico Mineiro... Poprzednie "wypadki" toczyły się na brazylijskiej ziemi, gdzie miejscowa policja nie zwlekała z pałowaniem piłkarzy (jednakże nie swoich). Tutaj chilijscy koledzy po fachu w większym stopniu zachowali się biernie, ograniczając się do oddzielania zwaśnionych stron. Oczywiście jak się pewnie domyślacie jestem za równouprawnieniem. Choć to słowo można odczytać na wiele sposobów (jak to okrasił Karol Marks), to jedno nie pozostaje wątpliwości: trzeba pałować. Bo na ile razy sobie pozwolimy na takie sceny, tym większa ilość zawodników zacznie korzystać z tego sposobu na odreagowanie niepomyślnych wyroków. Takie sceny jak powyżej jeszcze się pojawią, nie musicie się o to martwić. CONMEBOL dalej zajmuje się zliczaniem kasy, więc ich decyzje, jakiekolwiek nie zapadną nie będą miały żadnego wpływu na winnych zamieszania. Jeśli miałbym szukać w tym pozytywów, to chyba jedynie w tym, że "coś się dzieje".

Ale jeśli miałbym być wredny (w swej sprawiedliwości), to spacyfikowałbym także Kanarkowych. Tak profilaktycznie, bo już zwymiotować można od ich "czystości oraz niewinności" jaką się przed światem obnoszą. Choć wyraziłem zrozumienie dla ich niewinności z meczu Tigre - Sao Paulo z finału Copa Sudamericany. Ledwo usprawiedliwiałem wydarzenia Atletico - Arsenal... Ale dziś, w świetle ich postawy niech się bujają na hamaku i nawet.


- A oto wspomniane pary 1/8 finałów jednych z najbardziej niedocenianych rozgrywek klubowych świata, czyli Copa Libertadores:

Atletico Mineiro - Sao Paulo
Palmeiras - Club Tijuana
Boca Juniors - Corinthians
Velez Sarsfield - Newell's Old Boys
Independiente Santa Fe - Gremio
Nacional Montevideo - Real Garcilaso
Olimpia - Tigre
Fluminense - Emelec

Jeśli myślicie, że nie ma tutaj nic ciekawego, to proszę żebyście pomyśleli dwa razy... Jak to nie pomoże wstańcie od klawiatury, zróbcie pięć kroków do tyłu i w biegu z całej siły walnjcie prosto w ścianę. 
Na dzień dobry dostajemy double revange za fazę grupową, gdzie Atl. Mineiro znów spotka się z Sao Paulo. Jako, że Ronaldinho jest łasy na wyzwania, ich ostatni mecz nazwał "treningowym". Dzięki temu zamiast ułatwić sobie drogę do ćwierćfinału, to znowu się pomęczą. Co z tego, że grali najefektywniej skoro sami sobie wrzucają kłody pod nogi. Czyżby aż tak czuli się mocni? Jakoś dwa lata temu Cruzeiro, w fazie grupowej zdobyło 20 goli, wygrywając 5 spotkań remisując ledwo jedno. Niby faworyt a już na dzień dobry zebrali spore manto od słabiutkiego Once Caldas w fazie pucharowej. A biorąc pod uwagę to co oferuje Tricolores, nie ma co podchodzić do tego lekceważąco. Pachnie futbolem na wysokim poziomie.

Palmeiras w starciu z meksykańskim rodzynkiem musi uważać tylko na wyjazdową potyczkę z Tijuaną. Jeśli chcą wyjść żywo z miasta kokainy/dziwek/śmierci, to niech lepiej zainwestują w komandosów i Jumbo-jeta.  Jedni jak i drudzy na swoim obiekcie nie przegrali żadnego meczu w grupie, ale jednocześnie wszystkie mecze wyjazdowe przegrywali. Kluczem będzie to, kto strzeli więcej goli u siebie. Ten uczyniwszy ich ilościowo więcej, zamelduje się w ćwierćfinałowym szlaku marihuanowy...


Xeneizes to burdel na kółkach. Ilość awantur na treningach czy po meczach wskazuje już dobitnie na brak kontroli Carlosa Bianchiego, któremu brakuje pomysłów na odmienienie Boca Juniors. Nędzny poziom w grupie, fatalna gra w lidze i to pasmo niekończących się problemów wewnątrz klubu sprawiają, że Timao wygląda przy nich jak klub poukładany z klocków Lego. Opary porządnych bęcków owszem czuć, lecz Corinthians specjalizuje się w lekceważeniu przeciwnika. Zatem jeśli nie będą odstawiać manany (a raczej amanhany) to powinni wyjść zwycięsko ze starcia. I w tym wszystkim szkoda mi Riquelme, który męczy taką bułę, że suchar jest miękki jak gąbka.


Starcie argentyńsko-argentyńsko to śmietanka. Jedni jak i drudzy postawili sobie dość trudne zadanie - wygrać Wyzwolenie*. Velez oparty na trenerze kontra Newell's podpierający się trenerem. Z jednej strony fundament słowa drużyna, z drugiej indywidualne kozaki. Jeśli gdzieś poszukujemy walki do niemal ostatniej kropli krwi, to tu ją odnajdziemy. Koniecznie ją przetoczcie!


Tak to wygląda na górze, zaś dolna drabinka to starcia raczej sensacji z pewnymi znakami zapytania. Już samo przejście fazy grupowej dla takich drużyn jak Tigre czy Real Garcilaso stanowi samo w sobie zwycięstwo. Jeśli ktokolwiek z nich przejdzie do ćwierćfinałów to należy uznać niniejszy czyn za pokaz piękna gry/zasobności portfela na sędziów (niepotrzebne skreślić).


Reasumując. Oglądajcie nie pier***cie, że to nie jest FUTBOL.





- Pablo Lunati, aktualnie sędzia piłkarski ligi argentyńskiej jak i kontynentu odchodzi powoli w niebyt. Jeden z najbardziej ekspresyjnych arbitrów świata, który sprawiał wrażenie osoby z ADHD nie otrzyma nowego kontraktu od AFA. Za przyczynę władze piłkarskie podały "stan fizyczny jak i psychiczny, który uniemożliwia mu pracę na szczeblu krajowym". Jednak to tylko jedna poszlaka, bo druga o wiele gorsza dla niego jest związana z  grubszą aferą. Otóż arbiter ten jest oskarżony o zdefraudowanie 3 mln pesos, niezapłacone podatki i nie do końca legalne prowadzenie firmy budowlanej, która jednocześnie jest zadłużona. Jakim cudem argentyński sędzia piłkarski, zarabiający 3 tysiąca pesos za mecz może obracać aż takimi finansami? (Dodatkowo każdy zawodowy arbiter zatrudniony przez AFA dostaje 16 tysięcy pesos miesięcznie). Cóż, tym zajmuje się już AFIP (taki polski Urząd Skarbowy), które przeprowadza wnikliwe śledztwo z którego wynika, że Lunati już wkrótce będzie sędziował mecze więźniów. A grozi mu 5 lat, bo i dowody dość mocno kompromitują arbitra.

Sam Pablo ulotnił się z błysku fleszy, którymi tak bardzo lubił się obtaczać. Ekspresyjny, impulsywny, nieznośny, zmanierowany, fanatyk River - takimi cechami określano jego osobę. Dowody? Proszę bardzo, oto jeden z nich. W normalnych warunkach arbiter milczy, stoi jak słup kiedy protestujących odpychają służby porządkowe. Jeśli któryś z nich decyduje się na rozmowę, to z reguły zachowuje spokój. Ale nie Lunati, tylko popatrzcie na jego gestykulację (choćby ta z Simeone od 55 sekundy):


Przykładów bym pomnożyć razy pięć, więc dam tylko linki:

Lunati komentuje (a raczej szuka rozmówcy) mecz Union - San Lorenzo

Po meczu Velezu z Atletico Tucuman, gdzie największym herosem okazuje się trener Hector Rivoira (w mistrzowski sposób odpycha swoich zawodników by samemu wy"puto"wać co myśli o arbitrze)

Cóż, mimo to nie umywa on się do Jorge José Emiliano dos Santosa o przydomku Margarida:





- Independiente powoli wita się z widmem degradacji. Agonię problemów podtrzymuje konflikt kibiców z drużyną, a tej presji nie wytrzymał Americo Gallego, który rzucił wszystko w diabły. Zastępujący go Miguel Angel Brindisi, co ciekawe prowadził już ten klub 19 lat temu. Wówczas zdobył z Inde nawet mistrzostwo kraju oraz Recopę Sudamericanę w 1994 roku. Dziś oczywiście nie ma co liczyć na powtórkę z historii, bo najpierw trzeba obronić się przed spadkiem z ligii, której to ten klub jeszcze nigdy nie zaznał. Lecz skoro takie River Plate potrafiło, to i upadek Diablos Rojos przyjmę z pocałowaniem ręki. Może wtedy, niektórzy z nich zmienią swoje podejście do zawodu piłkarza, który ograniczył się u nich tylko i wyłącznie do kobiet i alkoholu. Skoro w głowie im tylko rozgrzewka treningowa przed maratonem seksualnym... 

- Pozostając w Argentynie, znów o sobie przypomniała wszechobecna brutalność barras. Dziś w godzinach porannych grupa ludzi powiązanych z "klubem kibica" Colonu Santa Fe starła się z policją. Panowie mundurowi nie zdążyli nawet powiedzieć "proszę opuścić teren", kiedy to barras otworzyli ogień z broni palnej. W wyniki strzelaniny rannych zostało 7 funkcjonariuszy policji, których po przewiezieniu do szpitala nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo. A co było zatem przyczyną zajścia? Ano paru młodych gniewnych postanowiło "pozwiedzać" stadion Racing Clubu przed meczem i zaznaczyć swoją obecność paroma malunkami na klubowych murach. Przechodzący obok patrol policji zauważył tajemniczych gości na obiekcie, lecz ich obecność tylko rozzłościła barras, którzy wyciągnęli broń, oddając kilkanaście strzałów. Po całym zamieszaniu aresztowano czterech rzezimieszków, ale wciąż trwają poszukiwania pięciu innych, którzy uciekając skradzionym autem... staranowali kilka radiowozów.

"Wasz cyrk, wasze małpy".


- Na sam koniec muzyka, która zostanie moim stałym repertuarem Pampy. Cel? Urozmaicenie muzyczne, w którym może znajdziecie coś dla siebie...

Dlatego na przywitanie przedstawiam legendę rock argentina, dandysa o bujnym owłosieniu, przed którym każda latynoska rozchylała uda. Gustavo Cerati bo o nim mowa, to jeden z najbardziej wpływowych postaci latino rocka, gdzie wraz z grupą Soda Stereo kształtował i wyzwalał dusze uciśnionych Argentyńczyków w latach 80-tych. Jego głos zawładnął serca nie tylko w kraju ale też na kontynencie. Kiedy w 1997 roku postanowił rozpocząć karierę solową szło mu dalej wybitnie, choć wielu posądzało go o odcinanie kuponów od dawnej sławy. Niestety 15 maja 2010 tuż po koncercie w Caracas doznał udaru mózgu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarzy zapadł w śpiączkę, w której trwa do dnia dzisiejszego. Niestety od 16 listopada 2012 roku nie ma żadnych informacji na temat stanu zdrowia piosenkarza, czym zmartwił wielu jego fanów. Los rockmana pozostaje zagadką skrywaną przez jego rodzinę, ale wydaje się to całkiem zrozumiałe. Dziś tylko śni...

A w wyniku losowania wybrałem "Me Quedo Aqi" (pl. zostaję tutaj) z jego solowej płyty Ahi Vamos:






wtorek, 16 kwietnia 2013

Lata 90-te, lata współczesne

To tak na szybko, wstępniak przed kolejnymi dniami i nieco szerszymi wpisami (Boże, czy zdajecie sobie sprawę, że mam coś z polityka? Tylko obiecuję!!!).

Wiadomość ta, to raczej zbiór wszelkiej maści plotek, do których dotarli barras Boca oraz River. A ich śladem zawędrowali dziennikarze. Jakie to zatem te wieści?

River pod sterami Ramona Diaza gra przyzwoicie. Nie to, żeby mówić o mistrzostwie czy innych pucharowych pierdołach, ale podwaliny pod zespół są, więc czas zalać to mocnymi fundamentami. I w tym oto momencie DT wpadł na pomysł zwiezienia części dość przestarzałych, ale kiedyś robiących furorę. Na samym czele trójkąt równoboczny: D'Alessandro, Aimar oraz Saviola. Wychowankowie Millonarios, którym powoli kończą się pomysły na grę w obczyźnie, czeka na ich padre z otwartymi Ram(i)on(ami). O ile kontrakt Aimara z Benfica wygasa w czerwcu b.r. O tyle reszcie wypada to odpowiednio na czerwiec (Saviola) i grudzień 2014 (D'Alessandro). Nadzieja matką głupich, choć River jest w tej uprzywilejowanej pozycji, że trochę w kabzie na zakupy i pensje zostało (vide sprzedaż Ocamposa do Monaco, reszki z Lameli, zaległe procenty za Belluschiego). Dlatego szanse są realne, choć przynajmniej na jeden z tych transferów. Można rzec, nie ma o czym pisać, ale... Aimar przynajmniej nieoficjalnie prowadzi już indywidualne rozmowy z River Plate, albowiem jego agent Fernando Felicevich był widziany już dwa razy w siedzibie klubu. Może to zwykła yerba z Passarellą, lecz ów menadżer działa na rynku tak, że wszystkie sprawy załatwia w środku sezonu. Taki chilijski mętlikowiec....


Boca zaś o ile przetrwa sezon (na co się zanosi... w roku przyszłym) to może liczyć na minimum dwa potężne i parę średnich transferów. Wszystko będzie uzależnione od wyników, czyli wygrania Libertadores i (mimo wszystko) wyższa pozycja w tabeli ligowej, bo 17 miejsce to obciach. Można liczyć na dość mocny huragan w szatni, z którego wyleci tuzin piłkarzy. A zmiany są konieczne, bo dochodzą już głosy, że panowie na treningach częstokroć złośliwie traktują swoich kolegów. Jedną szamotaninę, o której media się nie rozpisywały udało się zataić, ale "kontuzja" Clemente po starciu z Silvą należy traktować dwojako - za honor klubu i za kures***.
Plany? Walter Samuel, Nico Burdisso, dwóch Lisandro Lopezów (jeden z Sarandi, drugi z Lyonu), Lucas Biglia oraz na końcu Humberto Suazo. Lista niezmienna, szansa tradycyjnie ograniczone do niemal zera. No z wyjątkiem Samuela, który nie kwapi się na nową umowę z Interem i po sezonie chciałby wrócić do ojczyzny. Lecz tu uwaga, d ogry włączy się pewnie pierwszy klub Il Muro - Newell's Old Boys. Jeśli nie kasą to skusić go może obecnością dwóch starych znajomych z kadry, czyli Heinze oraz Maxi Rodriguez. Te nazwiska to jakiś kosmos i horror w jednym... Jedyne tropy mogą wieść przez menadżerów zawodników, którzy faktycznie spamują mailami do Angeliciego, a ten nierozważnie drukuje i wrzuca do niszczarki na oczach pracowników. Like a boss.


Wniosek płynie zaś z tego taki... Oba kluby już się nudzą, w River myśli nakierowane są na walce o tytuł wraz z szybkim wzmocnieniem składu następcą Trezegueta. Boca? Oni tylko symulują jak w Football Managerze, zapominając przy tym przed meczem zrobić save'a i a potem wczytać grę.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Torneo Final? Jeszcze nie tak prędko

Niemal połowa dystansu została klubom argentyńskim do wyłonienia nowego (lub starego w przyp. Velezu) mistrza kraju. Oczywiście to nie zwalnia z tego, by już teraz ocenić na spokojnie postawę poszczególnych drużyn. Bo raz, że sam materiał jest "obszerny" a dwa, że nie brakuje mi słów do jego opisania. Zaczynamy!

Postanowiłem kluby podzielić na trzy koszyki (po świętach już puste). Kluby z wynikami UDANYMI, PRZECIĘTNYMI oraz KIEPSKIMI. A dlaczego właśnie tak? Hm, może żeby każdemu żyło się lepiej.

LANUS
NEWELL'S
GODOY CRUZ
RIVER PLATE
QUILMES

Od samego początku nie było wątpliwości, że to kluby z czołówki tego sezonu zasługują na pochwały. Z całej piątki słowa uznania dla Los Leprosos z Rosario, którym nie przeszkadza jeszcze udział w Copa Libertadores (aktualnie są bliscy awansu z drugiego miejsca). Mimo iż generalnie nie mają szerokiej ławki rezerwowych, to tak naprawdę momentami wzruszające są występy dawnych internacjonałów Heinzego, Maxi Rodrigueza, Bernardiego czy Scocco. To plus wsparcie niezłej młodzieży gwarantuje w miarę spokojny sezon w górze tabeli. O ile rzecz jasna nie zaczną popełniać błędy jak te z meczu z Colonem. Martino póki co ładnie związuje te najmocniejsze karty, ograniczając najsłabsze jej punkty (vide pomoc oraz atak bez Scocco).

Lanus to ekipa przemyślana i rozsądnie rozstawiona na pozycjach. Barros Schelotto jak na debiutanta w fachu trenerskim z dobrym wyczuciem wykorzystuje ogólne... braki w umiejętnościach piłkarzy. Za taki przykład niech posłuży obrona: mamy Goltza, solidnego i dobrze grającego głową stopera i Izquierdoza - niby podobnego, ale już słabszego fizycznie. W ataku hasa znany z Legii Ismael Blanco (z miernym skutkiem) mając obok świetnego dryblera Regueiro. Całość dopełnia odzyskujący wigor i blask Cristian Chavez, bohater Copa America 2011 - Vizcarrondo i tak w sumie na siłę wpychanym Guido Pizarro. Prawda, że fajnie? No powiedzmy, że jest jak jest.

Godoy Cruz to nagroda specjalna dla Martina Palermo. Taki z niego El Loco, że nawet trenerki się nie boi a piłkarze... cóż, chyba założyli się z nim o kupę pesos, że będą wysoko w tabeli. Jeśli tak, to chwała powinna rozprzestrzenić się na całą Mendozę, bo niby szara mysz tej ligi a tu jak na złość znowu wysoko w tabeli. Tak po prawdzie, to gdyby nie Palermo pewnie nie miałbym co o nich napisać, bo atutów (poza grą zespołową) to oni nie mają.

River Plate odnawia się z przyblakłym DT Ramonem Diazem. Pewnie gdyby miał skład choćby z 1999 roku to w lidze nie zaznaliby goryczy porażki. A tak pozostaje mu dotrwać z tym co ma, a materiał aż tak przeciętnością nie razi. Choć nie da się ukryć, że są dość spore dysproporcje jakościowe jak zestawienie Vangioniego z Mercado (buehehehe) Ponzio z Ledesmą (nice emeryt squad) oraz Trezegueta z Luną (hehe... ale zaraz, oni przecież wspólnie grają piach!). Brutalna piłkarska rzeczywistość uwidacznia fakty, że teoretycznie najbardziej utytułowani kopacze jak Trezegol nie mogą sobie poradzić z trudami ligi. Owszem, kontuzja przykra rzecz, ale Francuzowi po prostu nie wypada trafiać do siatki raz na święta makreli. Ale jest Ramon jest impreza... Gdyby nie on, to Los Millonarios pewnie dalej męczyliby bułę jak za czasów Almeydy, gdzie symbolem ich chwały była "twarda dupa, miękki kutas" jak zwykł mawiać emerytowany Ariel Ortega.

I pewnie pomyślicie sobie co robi w tym zestawieniu Quilmes? Szczerze mówiąc to marka piwa okropna w smaku, ale skoro są dość wysoko w tabeli...

ATLETICO RAFAELA
ARSENAL DE SARANDI
RACING CLUB
SAN LORENZO
TIGRE
BELGRANO
ALL BOYS
SAN MARTIN DE SAN JUAN
UNION SANTA FE
COLON SANTA FE
ARGENTINOS

Niektórym klubom jak San Lorenzo to nawet i łaska papieża niespecjalnie pomaga w starciu z przeciwnikami. Przed nimi szczera modlitwa o to, żeby nie spaść z ligi a na lato zabrać się za modernizację składu. Samym Coloccinim bez ofensywnego kombajnu nie należy się spodziewać powrotu do ligowej czołówki (która i tak się zmienia co rok)

Racing, Tigre oraz Arsenal prezentują dość zbliżony poziom. Akademicy z Avellaneda dopiero teraz złapali kontakt z rzeczywistością zaś dwaj pozostali mają jeszcze do odbębnienia Puchar Wyzwolicieli. Na dobrą sprawę fakt, że są gdzieś w środku tabeli, a nie na jej końcu powinno ich gloryfikować na zielony kolor... lecz nie uczynię im tej satysfakcji. To słabość piłki krajowej pokazuje, że skoro takie beczki ogórków kiszonych może grać w prestiżowym turnieju rangi kontynentalnej... To ja już nie mam więcej pytań.

Zaś reszta bezwzględnie wpisała się w ten folklor nie przeszkadzając ani nie zatruwając innym powietrza. Los Unionu i San Martin wskazuje na powrót do drugiej ligi i nie ma co nad tymi klubami się znęcać. Sam fakt gry na samym szczycie jest sukcesem. A ja z kolei nie mam w zwyczaju kopać leżących.

BOCA JUNIORS
VELEZ SARSFIELD
INDEPENDIENTE
ESTUDIANTES LA PLATA

Topowe rozczarowania i zawody sponsorują kluby z powyższej listy. A jak widać mówimy tu o rzekomych przodownikach w produkcji talentów, zgarniających puchary za sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej.

Barwa czerwona dla Estudiantesu i Inde jest wpisana w ich historię, ale nie w ich grę. Ci pierwsi zostali odległą krwistą latarnią o którą zawadzili podopieczni Cagny. Zastępujący go Mauricio Pellegrino ma pełne ręce roboty, bo niby skład średni, ale nie do takich dantejskich scen. Podobno nocuje w siedzibie klubu, żeby odnaleźć zaginionego ducha "Łowców szczurów". Przypadek klubu numer dwa z dzielnicy Avellaneda to już starcie pijaka z delirką. Łapska czerwonego diabła drżą na myśl o zapiciu tego winem, ale z kacem wygrać nie może. Czego Gallego nie zrobi, kogo nie sprowadzi (Rolfi Montenegro) w tym zespole brakuje atmosfery, wiary, nadziei oraz wina, żeby poddać się i rzucić ręcznikiem. I powoli zaczynam zdawać sobie sprawę, że temu klubowi pomoże jedynie upadek podobny do River. Degradacja do drugiej ligi może niektórym uświadomi w jak głębokiej są dupie oraz w jakim gównem się obmywają... choć mentalnie niektórzy z nich, pod wpływem przelewów na ich konta tego nie dostrzeże. Wolą śmierdzieć, a to ostatnia rzecz jaką chce usłyszeć rozfanatyzowany kibic Diablos Rojos...

Boca i Velez skupieni na Libertadores odrzucają myśl grania na dwa fronty. O ile Velez tłumaczy to wprost walką o bycie światowcem, to Boca już niekoniecznie. Wiecie, że od początku tego sezonu Carlos Bianchi desygnował do gry aż 28 różnych piłkarzy. Nie ograniczona rotacja w składzie, ciągłe zmiany w ustawieniu a na końcu podział w szatni. A całość uzupełnia mój idol Sir Dupczyciel, na którego patrzę z przykrością. Brzusek karaluszek, ruchy slow motion i ten wdzięk ugniatania winogron. Pop nocach płaczę, tracę włosy, gubię kilogramy, zaczynam zdrowo się odżywiać... no tak nie może być!!! To boli, bo oznak popraw nie dostrzegam, a co najwyżej obojętność piłkarzy na ten widok (z moim włącznie). To kolejny klub, który musi oczyścić szatnię i zapewne Bianchi czeka na koniec sezonu. Własnie... zbudować drużynę, którą jak się spyta o FC Barcelonę to odpowie: "Barcelona? Czy to jakiś rodzaj ciasta do pizzy?". Tak, bo Xeneizes mają już tyle trofeów, że nieładnie stwarzać sobie trend strachu przed samym sobą. Przecież to rywale mają się modlić o jak najniższy rozmiar kary, a nie Bosteros. Po co żyć historią, jak możną ją pisać zwycięstwami i pochodami przez miasto w gestach triumfu. Władcy doków w stolicy muszą o tym pomyśleć... Bianchi wie co robi, ale piłkarze tego jeszcze nie zrozumieli.

Velez wyraźnie odcina się od ligowej kopaniny. Byt ligowy zapewniony już dawno, a trzeba przypomnieć co poniektórym dzieciakom co się robiło w 1994 roku jak się AC Milanowi spuszczało bęcki, po których Berlusconi zszedł z Alpów, żeby bungować na nizinach Italii. Choć Gago jest kontuzjowany, to jednak pokazał, że jest warty zachodu i wschodu słońca nad stadionem Jose Amalfitaniego. Gareca wie co robi, więc piłkarze zrozumieli jego intencje.