środa, 26 września 2012

Trędowaci funtów warci

Dziś tylko krótko, ale za to apetycznie. To przedsmak następnych dni, którymi będzie się można niedługo po delektować na moim blogu. Wybór padł na Newell's Old Boys, ekipę tyleż co rewolucyjną jak i opisującą czystą prawdę nt. ligi argentyńskiej i drużyn jej podobnych.

Ojcowska ręka w trudnych czasach

Gerardo Martino, bo o nim mowa w powyższym tytule to najważniejsze spoiwo ekipy z Rosario. Oddany przed laty syn i aktualnie nauczyciel Leprosos. W dodatku maniak ofensywnej gry wyniszczającej, bo każda drużyna, jaką miał przyjemność prowadzić, z tego stylu była znana i podziwiana. Nawet defensywnie usposobiona reprezentacja Paragwaju...

Dlatego nie dziwota, że ciepło zrobiło się w sercach wielu kibicom Newell's, kiedy dowiedzieli się o powrocie do korzeni Taty Martino. Kilka przemyślanych ruchów na rynku transferowym, przejście na nowe fałszywe 4-3-3 - to kluczowe zmiany na nowy sezon. Jakie są tego efekty? Rzućmy okiem na skład (w pewnym względzie najczęściej wystawiany):

----------------------Guzman------------------------
----Caceres---Vergini--Heinze---Vangioni------
---------------------------------------------------------
---------Perez------Bernardi------Villalba--------
---------------------------------------------------------
------Tonso (Sperdutti)----Maxi Rodriguez-----
----------------------Scocco-------------------------


Optymalnie wygląda to mniej więcej tak jak na powyższym obrazku. Zaskoczenia, znane nazwiska? Tego nie brakuje, ba jest to niejako znany trend wielu ostatnich mistrzowskich ekip, gdzie mamy samochód w którym kluczowe są: silnik (Maxi), kierownica i hamulec ręczny (Bernardi), pasy (Heinze) oraz gaz wraz z resztą pedałów (Scocco - bez skojarzeń). Znane nam podstawowe elementy składowe także i tu znajdują swoje pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości klubu z Rosario. Dość powiedzieć, że to właśnie wymienieni przeze mnie wcześniej gracze nadają rytm, który aktualnie wyniósł Newell's na pierwsze miejsce w tabeli. Zatem pora na małe i skrócone rozłożenie zespołu na czynniki pierwsze:

PLUSY:
Gabriel Heinze - Jego dawny kolega z kadry Gabi Milito dość powiedzieć, skompromitował się powrotem do ojczyzny, gdzie nawet jego doświadczenie z Europy mu po prostu umknęło. Widocznie ten bagaż zostawił w Hiszpanii w domu u Leosia. Nie zmienia to jednak faktu, że przyczyniła się do zakończenia jego piłkarskiej kariery i to w dość "młodym wieku" (miał raptem 31 lat). Starszy o trzy lata Heinze po włoskiej bessie, teraz natrafił na hossę w Argentynie. Wyjątkowo jednak dla siebie, gra na środku obrony, gdyż lewą okupuje z pozytywnym skutkiem Vangioni. Mimo to potrafi odpowiednio się zaopiekować swoimi rywalami a i powietrzu pojedynki główkowe w większości wygrywa. Widać, że cieszy się szacunkiem wśród młodszych kolegów z bloku defensywnego, szybko reagują na jego donośne krzyki. I co najważniejsze, mimo raptem przyzwoitego przygotowania fizycznego, umiejętnie rozkłada siły, stąd nie trzeba mu przetaczać krwi co 15 minut. Chwała mu.

Ignacio Scocco - Ofensywne ustawienie, a w pierwszej drużynie tylko trzech napastników. Wielu (w tym ja) trochę się z tego śmieje, ale natychmiast robi się mniej wesoło, kiedy pojawia się na boisku Nacho. W momencie dołączenia do drużyny, w której zaczynał przygodę z piłką, trafia regularnie (wyjątek to mecz z Belgrano). Co najmniej raz pokona bramkarza rywali, który modli się o to, by nie trafił czysto w piłkę. Potężny kopniak z prawej nogi, efektywny drybling i szybkie zamiany pozycji z kolegami, to w tej chwili najmocniejsze atuty piłkarza. Generalnie Martino ma wiele sposobów na wykorzystanie Scocco w swojej drużynie. Oprócz pozycji atakującego, można umieścić go na lewym skrzydle (gdzie jeszcze nie wykorzystuje w pełni swojej mocy w kopytach), lub od biedy na rozegraniu, choć przy tym ustawieniu, raczej jest to niemożliwe. Aktualnie bryluje i w sumie nie zaskoczył tym, jak 8 lat temu wyjeżdżając do Meksyku rzekł: "Jeszcze tu wrócę". No i wrócił... i od razu wjechał autem w komisariat (Terminator, do którego odwołuję się nazbyt często).

OBOJĘTNY:
Maxi Rodriguez - Ale zaraz, no jak go tak umieścić? Przecież to Maxi, co wszystko ma... Dobra, nie wchodzę w jego metryczkę fizyczną, a w jego styl gry. Póki co jest chwalony, ale na wyrost. Może i te jego rajdy ze skrzydła nabierają już coraz większej skuteczności (i mam na myśli wrzutki w pole karne, umiejętność szybkiej gry z kontry), to jednak czasem ma zbyt duże przestoje w grze lub za bardzo oddaje się popisami technicznymi z rywalami i sędziami. Tak wiem, Maxi potrafi i umie to co ważne wykorzystać, ale raz na dwa-trzy mecze. Do bycia na plus brakuje mu niewiele, tylko stabilizacji.

Lucas Bernardi - Wierny, odważny, twardy i zawsze jako kapitan schodzi z pokładu ostatni (w tym wypadku z boiska). Generalnie nie ma co się do niego przyczepiać, nie schodzi poniżej pewnego poziomu, lecz także nie wspina się, na ponad swoją aktualną formę boiskową. Trochę brakuje mu wsparcia, ze strony Pereza czy Villalby, ale ze swoich zadań stricte defensywnych wywiązuje się przyzwoicie. Momentami brakuje mu pod koniec spotkań powietrza, ale trzymanie butli z tlenem na plecach byłoby zbyt uciążliwe.

MINUSY:
Santiago Vergini - To bardzo niestabilny piłkarz z inklinacją do brutalnej gry. Nie to, że nie lubię gości, którzy potrafią machnąć komuś w twarz ręką podczas gry (jeśli to walka w klatce czy pod monopolowym). Tylko, że on ma tendencję do nadużyć, nawet wtedy kiedy nie potrzeba. Bardzo surowy technicznie, musi popracować nad zwrotnością, bo w tej chwili obrót o 360 stopni szybciej od niego zrobi żółw błotny. Aktualnie przypomina większość graczy o podobnej sylwetce - jeden wielki pal drewna. Widocznie jeszcze nie przeszedł przez tartak lub drwal zapił się ostatniej nocy z sołtysem i nie dokończył pracy.

Miejsce w tabeli - Jako kibic Boca uważam ich miejsce w tabeli za skandalicznie zbyt wysokie i to kosztem Xeneizes... To jawna niesprawiedliwość.


Ciekawostka: Po raz ostatni Los Leprosos byli mistrzami Argentyny w sezonie Apertura 2004. Jedynym graczem z aktualnego składu, który pamięta tamten sukces jest Ignacio Scocco. Wówczas był on młodym, chudziutkim dzieckiem z przedmieść, który chodził w spodenkach, które odziedziczył po Mauro Rosalesie (nie prane... nigdy). Dziś jest już w pełni ukształtowanym graczem, na miarę swojego talentu piłkarskiego.

wtorek, 18 września 2012

Wzruszenie odbiera mowę...

Dobrze, komentarz do meczu Argentyny z Peru brzmi następująco: "O ja ku*wa w du*ę pier***ona mać". I na tym poprzestańmy.

Czy kogoś jeszcze zastanawia czy Argentyna jest silna na papierze, czy tylko w wyobraźni? Jeśli tak, to radziłbym na moment zmienić program w swoim odbiorniku, bo nie ma o czym dyskutować. Ale... może jednak jest coś co sprawi, że przestanę (nie tylko ja) jeździć po Sabelli i jego kadrze? Nie, to chyba niemożliwe. Najwidoczniej słowa "ojczyzna wzywa" ma słodki smak i przeznaczenie każe mi składać swoje CV do AFA. W obłudzie po cichu liczę, że zostanie rozpatrzone, ktoś zajrzy, pomyśli i głęboko się zaśmieje... Taniec chocholi ciągnie futbol argentyński na dno... Nie ma już ratunku...


Dziś krótko i smętnie, ale czy jest powód? Owszem, ta żałoba jaka na moim blogu się pojawiła, to znak. Przestałem już całkowicie wierzyć w tą imitację szkoleniowca i absolutnie nic mnie w jego koncepcji nie pasuje. Ktoś powie, że narzekam, bo przecież Argentyna lideruje w tabeli el. do MŚ. Sęk w tym, że jak przychodzi co do czego, to jak zwykle ćwierćfinał, ładne manto i do domu. Temat ulegnie jeszcze rozwinięciu, ale to już po kolejnych meczach eliminacyjnych.

Na razie pozostała ligowa rzeczywistość...

niedziela, 9 września 2012

Wszystko "prawie" jasne

Do szerszych podsumowań dojdę po drugim meczu eliminacyjnym z Peru. Zatem nasyćcie się ocenami z wygranego 3-1 spotkania, wciąż pozostawiającego ogromne znaki zapytania. Wyjątkowo nikogo nie odznaczę mianem zawodnika meczu, choć gdybym już musiał to pewnie do spółki podzieliliby się nagrodą "Błękitnego posągu prezydent Argentyny" Messi z Di Marią.

Sergio Romero (2+): Nie zrobił niczego, co mogłoby wprawić wszystkich w osłupienie. Wciąż potwierdza jedynie tezę, że to wyłącznie "solić keeper" i nic poza tym. Nadal Argentyna cierpi na brak bramkarzy wybitnych.

Hugo Campagnaro (1+): Nie wiem, czy Sabella przedawkował leki, czy może ma na pieńku z neapolitańską mafią. W każdym razie zawodnik absolutnie przeciętny, często niepewny w swoich interwencjach. Plus jedynie za drugą połowę, gdzie wyszedł bardziej skoncentrowany na eliminacji zagrożenia ze skrzydła. Choć, on sam już taki odważny do szarpnięć nie był.

Federico Fernandez (0): Zezłomować tego człowieka się nie da, gdyż nic za niego nie otrzymamy. Wiecznie rezerwowy, w kadrze zawodnik podstawowy. Wystarczyły jednak w CV słowa Estudiantes i trener ma mokre gacie. Katastrofalnie wychodzi mu wznowienie gry za pomocą "wykop najdalej tę piłkę". Powolny i zestresowany przed pójściem pod prysznic z Messim, bojąc się, że nie wytrzyma "ciśnienia".

Ezequiel Garay (1+): Szkoda mi go, bo zapowiadał się kiedyś nie najgorzej, ale dziś to inna bajka. Na tle słabych rywali może i nie ustrzegł się rażących wpadek, ale parę razy zapominał co to znaczy "pułapka ofsajdowa".

Marcos Rojo (0): Argentyńska prasa rozdawała mu plusy za dośrodkowania... ale zaraz, jakie ku*wa dośrodkowania? W pole karne? Nie zasłużył na nic, na cokolwiek. Widać, że "wspólne noce" z trenerem zrobiły swoje.

Fernando Gago (3): Za pierwszą połowę dostałby mocniejszą trójkę, ale przygasł toteż ocena poszła w dół. W wielu przypadkach udanie zastąpił Mascherano na boisku. Co prawda trochę brakowało mu agresji, ale powinien się wyrobić. Na tej pozycji Albicelestes mają zawsze najlepszy towar.

Rodrigo Brana (-0): Wyjątkowa ocena dla wyjątkowego gracza. Trzeba w końcu ustanowić zakaz wykonywania zawodu na szczeblu międzynarodowym, gdyż jego gra po prostu kompromituje Albicelestes jako naród piłkarzy wybitnych. Człowiek, którego powinno się zamykać w więzieniu, kiedy przychodzi dzień meczowy. Człowiek... a zresztą, szkoda dalej pisać.

Lionel Messi (3+): Strzelił bramkę? Strzelił. Kibice się cieszą? Ba, radują. I to wystarczy, gdyż cała reszta była na jego tradycyjnym, jak na kadrę poziomie. Nie spodziewajmy się błysku Maradony i diablo skuteczności Batistuty. Nie z takimi partnerami. Warto jednak podkreślić, że w gruncie rzeczy najwięcej winy za jego dyspozycję ponosi trener, zlecający mu idiotyczne zadanie "Jesteś Messi. Wyobraź to sobie". Na dobrą sprawę grał półnapastnika, półpomocnika, półboga, półMessiego.

Angel Di Maria (3+): Sprawa dość ciekawa. Otóż przez cały mecz, nie popisywał się niczym szczególnym do momentu strzelenia bramki i celebrowania ich z kumplami. Oglądało się gość strawnie, ale jak chce coś zrobić samodzielnie... lepiej by sobie grzecznie odpuścił. Macha rękami szybciej niż Phelps na IO w pływaniu.

Ezequiel Lavezzi (2): Paryż mu chyba szkodzi. Nie można mu odmówić woli walki, ale czy to gracz godny pierwszej 11-stki? Mocno wątpliwe, choć nieźle układała mu się współpraca z Di Marią. Dośrodkowania przemilczę, drybling wyśmieję, pozostałości przemilczę.

Gonzalo Higuain (2+): Plus wyłącznie za bramkę. Całą resztę oceny możecie sobie skopiować i wkleić z zawodnika powyżej.

Rezerwowi
Rodrigo Palacio (2): To sobie chłopak pograł. Nic nie wniósł nowego, niczego też nie pogorszył.

Pablo Guinazu (bez oceny): Nie oceniłbym go na żaden sposób. Grał zbyt krótko, żebym mógł go przeczołgać.

Lucas Biglia (bez oceny): Lepszy od większości podstawowych graczy. I nie potrzebował do tego nawet minuty spędzonej na boisku. Ale z szacunku dla innych pozostawię to bez oceny.

Alejandro Sabella (skierowanie do psychiatry): Ładny kaftanik już czeka na nowego pacjenta.

piątek, 7 września 2012

Powrót z przeszłości

Wróciłem. I choć przerwa była rekordowo długa (wiecie - EURO, nie-EURO i cała reszta), to dziś otrzymaliście znak zwiastujący powrót do w miarę regularnego pisania na blogu. Okazja przednia, bo jest nim mecz Argentyny z Paragwajem w ramach el. do MŚ w Brazylii. Moje wątpliwości co do jakości tej kadry opisywałem już kilka miesięcy wstecz, lecz czy ta przerwa dobrze zrobiła chłopcom Sabelli? Czy będę miał okazję do kolejnego ochrzanu czy do pogłaskania po głowie, przekonamy się już o 1:00 w nocy z piątku na sobotę. Moje zdanie zna pewnie większość co do postawy Argentyny - oczekuję zwycięstw i jest to absolutne minimum. Celem maksimum będzie zdobycie co najmniej 10 goli w obu meczach, żeby ktoś nie miał przypadkiem wątpliwości, kto tu rządzi (scenariusz mało realny).

A zatem spełniłem obietnicę słów, wypowiedzianych przez Arnolda z filmu "Terminator" - "I'll be back".

czwartek, 26 kwietnia 2012

Velez w Polsce?!

Hehe, na ciekawą rzecz natknąłem się w polskiej prasie, którą to zrewidowałem u własnych źródeł. Polish Masters we Wrocławiu czyli turniej na którym mają grać "potęgi" przemienił się w nieco uboższe ich wersje. Ani drużyny z Dortmundu, ani Tottenhamu, ani reprezentacji Kirgistanu kibice w Polsce nie obejrzą (szloch pozostał przy tym ostatnim). Ale, jak zapewnił urząd miasta ze Śląskiem Wrocław zagrają na tym turnieju: PSV Eindhoven, Benfica Lizbona oraz... Velez Sarsfiled. Zaraz, chwila moment... Argentyński klub w Polsce? Jakim cudem? Dlaczego nie Boca, czy River? Odpowiedź jest banalna: nie ma miliona euro, nie ma Boca ani River. Z drugiej strony, wrocławski piasek na jakimś grajdołku, nie może być godny przyjęcia takiej tuzy jak Riquelme... Jeszcze sobie może zrobić krzywdę.

A Velez? Cóż, jeden z najsolidniejszych zespołów ligowych ogórkiem nie jest. W aktualnej formie, Śląskowi obija grzecznie mówiąc gębę, nawet nie specjalnie się pocąc. No, ale skoro mowa o turnieju towarzyskim, to nikt sobie nie wyobraża, żeby gospodarzom ściany nie pomogły. W zależności od tego, jak to wszystko zostanie zorganizowane, kibice będą mogli poznać (a nawet pomacać) co prawda egzotycznego, nie wspaniałego, ale jednak solidnego przedstawiciela futbolu z Kraju Srebra. Zresztą spragnieni Latynosów do miziania otrzymają też króliczka Saviolę, Nico Gaitana a nawet tego, co już moc polskich nocy na ulicach poznał wyśmienicie - Alejandro Cabral.

Tym samym już po raz drugi zasmakujemy w latynoamerykańskich przyprawach piłkarskich. Jak dobrze wiemy, we Wrocławiu Brazylia ma zagrać mecz z Japonią, aktualnie z 99% szansą na to, że takowy mecz się odbędzie.

A jeśli się zastanawiacie, gdzie się podział ten jeden procent, to odpowiadam... oddałem na biedne dzieci.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kłopoty i inne przypadki wynaturzenia

Już ledwie doba czeka nas od uznania, że mamy za sobą półmetek walki o mistrzostwo Clausury 2012 w Argentynie. Miniony weekend zaprezentował jak zwykle 10 meczów, z czego mniej niż połowa była warta uwagi. Naprawdę, poziom ligowy obniżył się drastycznie, ale i tak przy lidze hiszpańskiej stoją wyżej... To jest dopiero zabawne.

Teo zaprasza do bójki

Derby Avellanedy, to drugie po Boca - River spotkanie, które elektryzuje niemal całą Argentynę. Z jednej strony drużyny we wszech miar istotne dla futbolu z Kraju Srebra, lecz z drugiej są już raczej odpadami, upadłymi tworami wielkich poprzedników. Owszem, zdarzają się wyjątki, które potwierdzą regułę i dlatego sobotni klasyk obfitował w emocje, kurioza i skandale, ale w większości za kurtyną.

Sam mecz, był niemal jednostronnym pojedynkiem, z którego zwycięsko wyszły Czerwone Diabły i to aż 4-1. Jednak, żeby być do końca sprawiedliwym, połowę bramek Inde strzeliło pod koniec meczu i to z osłabionym o dwóch piłkarzy rywali. Sami z siebie mieli tradycyjne problemy, by sensownie ułożyć akcję bramkową, dlatego mecz w pewnym sensie przypominał ich szczęśliwą wygraną 4-5 nad Boca. Ciężko szukać postaci, która się na tym tle wyróżniła, no chyba, że tym kimś będzie Facundo Parra i jego dwa gole pod nieobecność Tecli Fariasa... Chociaż nie. Jest jeden piłkarz, który zasłużył na moją uwagę. To Gabriel Milito, paralityczny obrońca, który słynął z kontuzji, katastrofalnych decyzji boiskowych o reprezentacyjnej renomie zdobytej w Hiszpanii - czyli po prostu oferma. Oczekiwania wobec niego były dość spore. Miał zapewnić spokój w szykach obronnych Diablos Rojos, poprzez swoje doświadczenie zebrane w Europie.
Póki co, zapomina, że Boże Narodzenie jest tylko raz w roku i jego sprezentowany gol dla Racingu był czymś oczywistym. Nie jestem od niego lepszy, ale próba wybicia piłki w kosmos, zakończona podaniem do Hauche, a potem wywrotką o własne kończyny... naprawdę, to zabawny klaun a nie piłkarz. Aż dziw bierze, że to jedno z największych rozczarowań jeśli chodzi o słynne come backi do ojczyzny. Nie spodziewałem się tego, że gość będzie grał aż tak ułomnie, będąc wybrakowanym elementem układanki made in China.

Z kolei Racing to kandydaci w kategorii na "największe zbiorowisko frajerów". Trochę to niepojęte jak drużyna z kadrą, która spokojnie powinna walczyć o majstra, bije się między sobą o kobiety. W tym prym wiedzie Teo Gutierrez, niegdyś naprawdę dobry snajper, a dziś człowiek zachowujący się jak małpa w klatce, która obrzuca wszystkich odwiedzających bananami... Tak jak po meczu, gdzie kilka razy z pięści uderzył bramkarza Saję, swojego rodaka Giovaniego Moreno, a reszcie pogroził sprężonym powietrzem. Żeby go uspokoić, do szatni wtargnęła policja, która siłą powstrzymała kolumbijski wybryk natury. Oczywiście temu wszystkiemu przyglądał się znudzony życiem trener Basile, który stanowi idealną kopię Pawła Janasa z cyklu: "ja się w to nie wpie*****m". Z piłkarzem reszta drużyny oczywiście wracać nie chciała, dlatego Kolumbijczyk do domu wrócił taksówką.

Na pewno jednym z czynników, który wpływa na takie ekspresyjne zachowania Teo ma fakt, że piłkarz od dawna chciał wyjechać zagranicę. Racing postanowił go jednak potrzymać jak psa na smyczy i krzyczał "10 mln dolarów i ani centa mniej". W końcu decyzja jest taka, że facet resztę sezonu spędzi w odmętach rezerw, a potem każą mu spakować walizki. Stracili więc na tym biznesie, który kosztował ich grubo ponad 3 mln dolary. Tak, derby rządzą się własnymi prawami...



Xeneizes zapraszają do bójki

Z kolei Boca Juniors uległa broniącemu się przed spadkiem Tigre 1-2. Sam mecz w nic specjalnego nie obfitował, głównie prym wiódł sędzia Laverni, który gestykuluje czasem tak, jakby ktoś pejczem smagał jego klejnoty. Jak na zniewieściałego romantyka, wychodzi mu to całkiem dobrze, no ale nie zawsze z dobrym skutkiem na boisku. Decyzja o nieuznaniu bramki Ledesmy jest mocno kontrowersyjna, do tego stopnia, że dalej nie wiem czy przy przyjmowaniu piłki w polu karnym Pablo nie używał rąk w sposób niedozwolony. Reszta pozostała bez większych zmian, porażka trochę na własne życzenie. Gdyż Xeneizes momentami wręcz porażają swoją indolencją. Dla trenera Arruabarreny (notabene byłego gracza... Boca) mecz może nazwać sukcesem, choć wciąż okupuje 19 miejsce w tabeli spadkowej, które oznacza przyszłość spędzoną na drugoligowych boiskach. Było jednym słowem nudno, do momentu, aż przyszła pora na "after party".

Otóż przy wsiadaniu do autobusu, lżony aż do bólu przez kibiców rywala, Santiago Silva rzucił się na nich, niczym gepard na antylopę i zaczął okładać pięściami swoich przeciwników. Kibice Tigre oczywiście uciekali, bo mocni są tylko w gębie, a piłkarz szedł rozpędzony niczym taran, niepowstrzymywany przez kolegów z zespołu. I to przez dłuższą chwilę... Dlaczego? Otóż pozostali byli zajęci... biciem pozostałych kibiców rywala. Żeby uchronić biednych osobników od porządnego łupnia od piłkarzy, policja postanowiła oddać strzały ostrzegawcze. Dopiero wtedy zawodnicy Boca wrócili do autokaru, a kibice do opatrywania ran. To dość rzadkie zjawisko, kiedy piłkarze sami wymierzają sprawiedliwość kibicom. Co prawda zawsze i z reguły dostaje się baty od swoich, ale to ostrzeżenie dla fanów Boca, by nie mówili o Silvie tego, że "używa szlifierki kątowej do polerowania swojej łysiny".

Oto mały urywek do wydarzeń z zeszłej nocy:



Newell's Old Boys zapraszają do bójki

Słynni Trędowaci, są już teraz sporo warci. Podopieczni Gerardo Martino od ponad miesiąca są niepokonani i choć co prawda ograli wysoko 3-0 ogórkowaty Banfield, to jednak warto zwrócić uwagę na to, że zespół powoli i stopniowo zaczyna grać coraz lepszą piłkę. To tylko potwierdza fakt, że Tata Martino jak dostanie odpowiednią ilość czasu, to potrafi spożytkować ją pozytywnie a każdy wychodzi na tym zadowolony. Nie zdziwię się, jak w młodym wieku każdą randkę kończył u siebie s... No, nieważne. W każdym razie drużyna zajmuje drugie miejsce w tabeli, tylko i wyłącznie dlatego, że w bezpośrednim starciu ulegli Boca (akurat w ich najgorszym momencie na początku sezonu). Dziś idzie już lżej, ofensywna piłka drużynie z Rosario pomaga, a co istotne obywa się bez pomocy pisanych z klawiatury ciepłych słów od Leo Messiego...

O nich, jak i o podsumowaniu połowy sezonu napiszę w "niedługim" czasie.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Polityczne dyskusje, tylko nie w Argentynie...

"ISLAS MALVINAS SON ARGENTINAS!" - to hasło, będące jednocześnie tematem tabu, o którym jako turyście nie wolno Argentyńczykowi wspominać. Temat tak delikatny, że wywołuje w Kraju Srebra emocje po dziś dzień. Głównie nakręcane przez propagandę kirchnerystów, którzy będąc u władzy chcą się trochę opinią publiczną "pobawić". Wychodzi im to nad wyraz skutecznie, bo społeczeństwo daje się ponieść tym emocjom. A skoro ma się od tego również takie potężne narzędzie jak piłka nożna... żal nie skorzystać.

Trzydzieści lat temu rozpoczął się konflikt, który dalej unosi się w powietrzu za sprawą małych wysp na Oceanie Atlantyckim. Spór pomiędzy Argentyną a Wielką Brytanią zwany Wojną o Falklandy (nazwa angielska) lub Malwiny (nazwa hiszpańska). Oceniana jest różnie, lecz ja nie będę podejmował się ich wnikliwej analizy. Dodam jedynie, że życie podczas wojny oddało grubo ponad tysiąc istnień ludzkich.

Moje zainteresowanie skupiło się bardziej na stronie propagandowej w wykonaniu argentyńskim, którą można była zobaczyć na boiskach piłkarskich i nie tylko.

Do akcji "Amor malvinas a la camiseta" włączyła się cała sterta klubów, choć nie każdy był do tego zmuszany (Boca Juniors np. zdecydowała się wspomnieć o Dniu chorych na autyzm). Niektórzy dostawcy strojów, wpadli nawet na pomysł, by na koszulkach uczcić to wydarzenie w następujący sposób:

Nazwy klubów od lewej: San Miguel, San Martin de Burzaco, Temperley, Douglas Haig i Racing do Cordoba





















Oto przykład pięciu klubów, które postanowiły loga sponsorów zastąpić wspomnianymi wyspami, o które Argentyna toczy polityczny spór z Wlk. Brytanią. Samych klubów, które postanowiły aż tak "obnosić" się z tym znakiem było jednak znacznie więcej, choć trzeba podkreślić dość istotny fakt, że były to kluby od... trzeciej ligi i niżej. Czyli jedynie o zasięgu regionalnym. Tylko garstka klubów pierwszoligowych i drugo, postanowiła doszyć nad herbami klubowymi mały symboliczny znaczek z datą i podpisem "Malvinas Argentinas". Choć All Boys, jako jedyny z Primery postanowił zrobić miejsce na tę "polityczną agitację":













Nie zabrakło też odpowiednich strojów dla arbitrów:
















To praktycznie wszystko. Oprócz tego przed rozpoczęciem meczów jak i drugiej połowy gry, urządzano minuty ciszy. W TV Publica (państwowy nadawca ligowej piłki) co dwie minuty puszczał zapowiedzi setek godzin materiałów pokazujących "prawdziwe oblicze wojny". Tak, Argentyńskie media publiczne nakręcały i podnosiły rangę wydarzeniu, by niemal każdy wspólnie głosił słowa, że: "Anglicy to skurw****y, oddajcie nam te wyspy flegmatycy!". Prywaciarze, będący nieco w konflikcie z rządem, co prawda podali sobie ręce na zgodę, ale tylko i wyłącznie na ten dzień. Tylko po to, żeby móc wesprzeć "potargany i okłamany przez brytyjską stronę kraj Maradony".

Argentyńczycy na siłę są karmieni prestiżem wysp, na których rzekomo ropa aż cieknie. O dziwo w Wlk. Brytanii jakoś nie widziałem, by ludzie tysiącami wychodzili na ulicę, by wracać do wydarzeń sprzed trzech dekad.

W sumie agitacja i propaganda, to coś w polityce argentyńskiej rzeczą normalna. Jako instrument politycznego spokoju, ma służyć wspomniana piłka nożna, narodowy sport, które społeczeństwo kocha.

Jeszcze jeden wpis poświęcę na ten temat, ale powiem wprost: człowiek łatwo się może w tym wszystkim pogubić i to jest łatwe w manipulacji. Więc ten wpis potraktujcie jako wzmiankę i wstęp do czegoś większego...