środa, 15 lutego 2012

Ale chce mi się spać, czyli jak zanudzić kibica na śmierć

A jednak, zamiast wygrać tylko remis. Zamiast porządnej gry - nędzna podwórkowa kopanina. Zamiast emocji, były tylko wypociny. Tak w skrócie można opisać mecz Boca Juniors z Zamorą. Ale nie tylko ten mecz dostarczył kibicom śmiertelnej dawki snu. Trzymajcie się mocno, nie będzie bolało...


Na początek Defensor Sporting zmierzył się z Deportivo Quito i to był początek katastrofy. Szczególnie dla przyjezdnych, bo gospodarze wbrew pozorom, na swoim stadionie mają obowiązek zgarniać 3 punkty i wczoraj też tak uczynili. Na nic zdały się popisy trenera Ischii, który zaproponował rywalowi autobus na środku pola. Następnym razem niech ustawi go pod swoim domem, kiedy kibice przyjdą go deportować do Buenos Aires. Urusi tym samym nie mieli problemów z przerzucaniem długich piłek do napastników i mimo, iż efektów za dużo to nie przynosiło, to jednak dwie bramki władowali. A te były dziełem młodych - Alemana i Callordy. Przy czym ten pierwszy prezentuje się nawet całkiem całkiem. Dobrze widzi, nieszablonowo gra, nieźle drybluje. Gdyby jeszcze tylko nie holował piłki w stylu Romana Riquelme, to trafiłby do Europy na oszlifowanie. A goście? Ich pomysły na grę pozycyjną, brzmią jak dowcipy o blondynce - czyli my to już znamy i wcale nie śmieszy, szczególnie mówiony po raz 70-ty. Mecz był ochłapem, którego degustacja, to trucizna dla żołądka i strata czasu dla oczu. Chyba, że jesteś statystykiem, wtedy musisz i nie ma zmiłuj.


Drugi mecz pomiędzy Boca a Zamorą odbył się z ciekawą pompą w wykonaniu kibiców gospodarzy. Fajerwerki, serpentyny, głośne śpiewy zagłuszające odgrywanie... hymnów narodowych. Taki obrazek prosto z prowincji pokazał prostotę, ale i organizacyjny bałagan. Odgrywanie hymnów narodowych w tego typu meczach przyznam się szczerze jest przesadą (ale wiecie, Chavez naczelny socjalista number one w Ameryce Południowej lubi takie "imprezy"). Wystarczy przecież odegranie świetnie pasującej do Libertadores, IX Symfonii Ludwiga Van Beethovena, która towarzyszy niestety tylko podczas telewizyjnych intro. O, to może rozwinę ten wątek... Pomysł z hymnem, co prawda zaczerpnięty stylem z Ligi Mistrzów z Europy, ale Copa Libertadores zasługuje na coś więcej. Może byłby, to dość niskich lotów patos i w dodatku sztuczny, lecz kiedy mamy do czynienia z rozgrywkami tej rangi wypadałoby coś ujednolicić i wzbogacić. No, ale chaos i mnogość błędów sterników CONMEBOL (średnia wieku działaczy ponad 80 lat) powoduje, że trochę sobie na to poczekamy. Przy takich premiach, jakie dostają kluby za udział w tych rozgrywkach można tylko załamać ręce.

Ale wróćmy do meczu. Kolejny, już enty raz Boca, podchodzi do niżej notowanego rywala z taką nonszalancją, że odprawy przedmeczowe to pic na wodę. Falcioni nigdy dobrym mówcą nie był i tylko potwierdza tę plotkę, że wiele razy w szatni w przerwie meczu, słyszy się częściej głosy Clemente, Battaglii (jak nie jest kontuzjowany) lub... Riquelme. Zwalać winę na pogodę i duchotę, jest jednak grubą przesadą. W końcu po to, Boca poleciała dwa dni przed meczem do Wenezueli, by się zaaklimatyzować do warunków tam panujących. Widać to nie pomogło. Co z tego, że Xeneizes dłużej utrzymywali się przy piłce, jak ataki pozycyjne przypominały walki aliantów w Italii podczas II wojny światowej. Spiesząc oczywiście tłumaczyć, niby tak do przodu gra się ciągnie, ale pooooooowoooliiii. Owszem, po piłkarzach już po 5 minutach lały się hektolitry wody, ale tylko u Romana, pot spływał tak szybko jak on operuje piłką - czyli wcale.

Najgorzej u gości wypadli skrzydłowi obrońcy - Roncaglia, który nie umie przyjąć normalnie piłki i Sosa tak panicznie bojący się rywala, że ze swojej połowy nie wychodził. Do kolekcji na siłę, ktoś wciska Santiago Silvę - ale szczerze, dużo nie mógł zrobić. Choć, jakby wykorzystał swoje szanse, pewnie zebrałby burzę braw. I to w sumie tyle o argentyńskim klubie, gdzie to samo można powiedzieć o klubie z Wenezueli. Tam dla odmiany zawodnicy postawili na indywidualne popisy, które może się kibicom podobały, ale użytku żadnego nie dawały. A zatem chimeryczność i do tego "mamtowdupizm" powoduje, że Boca Juniors notuje kiepski start. Choć podkreślę, to dopiero drugi oficjalny mecz, nowego zainaugurowanego sezonu. Zobaczymy co będzie dalej. Ale jak zawodnicy nie zaczną grać na poważnie, to finał będzie tragiczny i kilka ofiar... no może tylko jedna - trenerska, zostanie usunięta z życia Genueńczyków.


Na deser został mi Atletico Nacional i Universidad de Chile. Kibice ponownie nie zawiedli, i ich oprawa oraz śpiewy, słucha i ogląda się z wielką przyjemnością. Ale przydałoby się w tym wszystkim, trochę większej dawki popisów na boisku. Szczególnie wiele spodziewałem się po La U, którzy przebojowo rok temu kosili rywali w Copa Sudamericana i w lidze chilijskiej. Tu jednak panuje podobna atmosfera jak w Boca, czyli wakacyjna. Porażka, nie jest jednak efektem słabości gości, a dobrej gry gospodarzy. Dla przykładu, taki Macnelly Torres ciekawie rozprowadzał piłki, i to jego inicjatywa oraz chęci sprawiły, że licznik bramek u Atletico pokazał po meczu - dwa, a u rywali zero. Widać gołym okiem, że podopiecznych Sampaoliego czeka sporo pracy z Juniorem Fernandesem, który papiery na granie posiada, ale zostawił je w szatni. Po prostu czasem zapomina, że piłka nożna to sport drużynowy i ma do pomocy dziesięciu kolegów. O meczu mogę powiedzieć tylko tyle, że dość szybko się przy nim zasypia. Był momenty kiedy przenosiłem się do Matrixa, goniłem wiewiórki w lesie i degustowałem muchomory, ale czasem się budziłem, gdy komentator krzyczał gol. Więc jak macie problemy z zasypianiem, to te mecze zagwarantują koniec takich kłopotów.

Mam nadzieję, że dziś będzie, choć trochę inaczej.

wtorek, 14 lutego 2012

Wyboje na dobry początek

Liga argentyńska wystartowała. Chociaż prędzej wygląda to na falstart. Dlaczego? Sami się przyjrzyjcie:

San Martin SJ 1-0 Independiente (Caprari 61 min.)
Lanus 4-1 San Lorenzo (Pavone 26 min, 50 min, Bragheri 10 min, Fritzler 16 min - Bueno 59 min.)
Estudiantes LP 1-1 Newell's (Boselli 35 min [karny] - Urruti 49 min.)
Atletico Rafaela 3-0 Banfield (Fissore 17 min, Gandin 61 min [karny], 91 min.)
Boca Juniors 2-0 Olimpo (Cvitanich 41 min, Mouche 66 min.)
Velez Sarsfield 1-1 Godoy Cruz (Obolo 16 min - Castillon 26 min.)
Argentinos Juniors 0-0 Union Santa Fe
Belgrano 0-0 All Boys
Colon Santa Fe 0-0 Arsenal
Racing Club 0-0 Tigre

Początek sezonu to tak naprawdę jeszcze stan senny. Co byś drogi widzu w telewizji nie zobaczył, to miałeś do czynienia z jedną wielką nudną papką. No chyba, że uznamy liczbę goli strzelonych przez Lanus za odpowiednik słów "bardzo dobra gra". W teorii i w praktyce nie działo się nic i trudno temu stanowi na dzisiaj zaprzeczyć. Bo wielcy z przeszłości jak choćby Indepediente powodują swoją grą ataki padaczki i ślepoty, Racingowi nie chce się znęcać na słabszymi, a Boca od niechcenia wygrywa z niżej notowanym rywalem.

Rozwodzić się długo o tym, jest trudno, bo albo było coś o czym warto napisać albo nie. Ogień pojawi się zapewne między trzecią a czwartą kolejką, kiedy wszyscy poznają swoje cele na ten rok. Wyjątkiem jest tutaj ekipa Xeneizes, która chce grać na trzy fronty, o czym ćwierka fan nowych technologii Julio Falcioni. W podobną grę aranżuje się Velez, ale ograniczają to do ligi i Libertadores. Reszta będzie grała o ligowy byt z paroma wyłomami w postaci Estudiantesu czy Racingu. One celują w mistrzostwo i choć mają całkiem niezły materiał (a zwłaszcza Racing) to trudno prorokować czy ich cele się ziszczą. Wątek ligowy rozwinie się już po drugiej kolejce, gdzie dokonam wyobrażenia sobie tego, czego można się po każdym spodziewać.

A dziś Copa Libertadores. Rozkład na ten tydzień prezentuje się następująco:

Dziś:
Defensor Sporting - Deportivo Quito (23:00 czasu polskiego)
Zamora - Boca Juniors (1:15 czasu polskiego)
Atletico Nacional - Universidad de Chile (3:30 czasu polskiego)
Jutro:
The Strongest - Santos (22:45 czasu polskiego)
Lanus - Flamengo (0:00 czasu polskiego)
Deportivo Tachira - Corinthians (0:00 czasu polskiego)
Pojutrze:
Nacional - Libertad (23:15 czasu polskiego)

Inny słowy całkiem ciekawe menu. Zwłaszcza dzisiaj dla prawdziwych mężczyzn polecam zestaw Liga Mistrzów + Copa już od 20:45. Może powiało futbolem z Europy ale na taki zestaw się nie obrażam i polecam gorąco - Mastrangelo.

PS Tak, zamierzam do 6 rano dnia jutrzejszego wytrwać. Chyba, że trafię na mecz a la Velez, wtedy zasnę bardzo szybko.

piątek, 3 lutego 2012

Męczarnie na dzień dobry

To nie był szczególnie udany mecz dla Boca Juniors. Owszem początek sezonu, wysoka temperatura, za głośni kibice, ciężkie piłki, przekupiony sędzia itp. Ale nie tłumaczy to zbytnio nędznej postawy faworytów do zdobycia Copa Libertadores, by podchodzić w taki sposób i to w podstawowym składzie do meczu o puchar krajowy. Pytanie tylko czy w tym wszystkim był jakikolwiek sens?

Cóż, zacznijmy od początku. Trener Falcioni wpadł na oryginalny pomysł pt. "Wygrywamy wszystko co się da" czyli ligę, CL i Copa Argentina. Śmiały i ambitny trener uznał najwyraźniej, że ma tak wspaniały zespół, że gdziekolwiek, by nie zagrał to wykosi całą konkurencję. No tak, ale czy zdaje sobie sprawę z tego, jakim on zespołem dysponuje?

Piłkarze Boca w meczu z Santamarina de Tandil (trzecia liga) zaprezentowali się po prostu fatalnie. Głównie ze względu na zlekceważenie i kompletne zignorowanie swojego przeciwnika. Można nawet śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Xeneizes rozegrali zwykłą gierkę treningową tylko, że z liczniejszą widownią. Podejście do tego meczu i niemal 1% w nim udział spowodował, że skazywani na porażkę rywale, nie mający nic do stracenia zdobyli nawet bramkę, za którą winę należy obarczyć Rolando Schiaviego, którego nie mogę już zwyczajnie zdzierżyć. Ciągle spóźniony, wiecznie ociąga się z powrotem na bramkę, a to rzekomy lider i ostoja defensywy. To po prostu tragedia. Nie lepiej wygląda też Roman, który asystę przy bramce Roncagli zaliczył, ale przez cały mecz tylko dreptał. Ogółem Falcioni desygnował najsilniejszą jedenastkę, która i tak potraktowała rywala jak boiskowego śmiecia i miała gdzieś "ambitne plany" trenera o grze na 100%. Przeciwnik natomiast grał jak o życie, lepszy byt i chwilę popularności, bo drugiej takiej okazji, by zmierzyć się z drużyną pokroju Boca Juniors może już nie być. Dlatego po przegranej serii rzutów karnych wyglądali jakby szykowali się do pogrzebu. A tymczasem Xeneizes w sielankowej atmosferze zupełnie się tym nie przejmowali - wygrali, to wygrali. Jak gdyby nic się nie wydarzyło.

Rzuty karne to była zresztą loteria, z których wyciągnąć można kilka wniosków:
- Riquelme zbyt długo celebruje egzekucję jedenastki. To kwestia psychiki. Rozmawia z piłką, głaszcze, tuli i całuje... chyba w domu brakuje mu miłości. Dość często zdarza mu się uderzać piłkę w stylu Panenki, ale tym razem udało mu się zmylić bramkarza w inny sposób. Nawet jeśli próbuje popsuć morale bramkarzowi w ten sposób, to od dawna wiadomo, że Roman nie specjalnie radzi sobie z egzekwowaniem 11-stek (np. mecz z Arsenalem)
- Schiavi wykonuje rzuty karne dość ryzykownie, często w górne okienka bramki i z całą siłą. Niewiele brakowało do tego, by znów się pomylił. Zbyt dużym ryzykiem jest dawać mu kolejne szanse.
- Ledesma też miał sporo fuksa, ale mimo iż za nim nie przepadam, to od zawsze specjalizował się w jedenastkach. Nawet za kadencji Palermo, był pierwszym do egzekwowania rzutów karnych, gdyż jego prostopadłe i mocne uderzenia przy słupkach, nie dają bramkarzowi zbyt dużych szans na obronę.

Sam mecz z kolei był przeciętny i nudny. A to już w zupełności wystarczający komentarz opisujący w pełni poczynania obu ekip we wczorajszym meczu. Natomiast trener, który myśli, że Copa Argentina należy wygrać musi sobie dokładnie wyliczyć, czy mu się to zwyczajnie... opłaca.

Jakby zmienić nieco dwa znane frazeologizmy, to Falcioni chce złapać trzy sroki za ogon, lub chce upiec trzy pieczenie na jednym ogniu. Cóż za powiew oryginalności DT Xeneizes! Szkoda tylko, że piłkarzom ten powiew optymizmu trenera nie odpowiada.

PS Więcej szczegółów już wkrótce. Długa była ta przerwa, zbyt długa...

piątek, 13 stycznia 2012

Mistrzowie 10 krajów... cz.2

Po świętach i przywitaniu nowego roku powrót po dłuższej (niewymuszonej) przerwie.


Kolumbia - Atletico Junior (10 zwycięstw, 9 remisów, 5 porażek): Kolumbia to nie tylko piękny kraj obfity w pola krasnodrzewu pospolitego, zorganizowane firmy nim dystrybuujące, ale to też kraj pięknych kobiet i piłki nożnej. Można rzec ogólniki i ogólniki. Wróćmy do meritum... W tym kraju wyjątkowo częściej niż o mistrzostwie, pisano i mówiono o tragedii. A główną rolę odegrała w niej drużyna America de Cali, najbardziej utytułowana ekipa w kraju. Tak samo jak spadek River Plate w lidze argentyńskiej, tak i ten dramat setek tysięcy oddanych fanów tego klubu spotkał ten sam los. Konieczność barażów, dwa remisy i na końcu przegrany  konkurs rzutów karnych. Po nim zawodnicy America zaczęli płakać, a w raz z nimi kibice, którzy byli jednak o wiele spokojniejsi niż odpowiedniki z Argentyny. Gdyż nie zdemolowali stadionu i połowy miasta... Z ich degradacji oczywiście cieszą się rywale, którzy przypominają niechlubny wyczyn tego klubu, na arenie międzynarodowej. Otóż klub czasem jest zwany "pierdołą" a to dlatego, że mimo iż 4 razy grał w finale Copa Libertadores to... nigdy tych rozgrywek nie wygrał! Ba, żeby było mało w finałach grał aż trzy razy z rzędu, lecz Argentinos Juniors, Penarol Montevideo i River Plate z raju zesłali ich na ziemię. W 1996 roku ostatnią ich szarżę powstrzymał River Plate na czele z młodym i pięknym aniołem Hernanem Crespo.

Ale wróćmy do aktualnie panującego mistrza. Atletico Junior nie jest może drużyną przed, którą wypada klękać ale lekceważyć też nie. Niepozornym królem okazuje się niezmordowany 35-letni Giovanni Hernandez, król asyst, jeden z lepiej wyszkolonych technicznie graczy tego zespołu. A jeśli doliczymy solidność i ogrom tytanicznej pracy, to mamy do czynienia z liderem. I to przywództwo zaprowadziło do 7 tytułu mistrzowskiego. Generalnie zespół jak każdy w Kolumbii cechuje się graczami indywidualistami. Taki Carlos Bacca, król strzelców o dobrze ułożonej prawej nodze miał instynkt rasowego killera, a taki Sebastian Viera zmysł i solidne rzemiosło bramkarskie. Ciekawe czy ktoś jeszcze pamięta 5 lat wstecz za jaki to wówczas talent uważano byłego gracza Villarreal. Dziś z wymienionych graczy, zabraknie Baccy. Odszedł do belgijskiego Club Brugge za 2,5 mln euro. Jak to mawiają "pieniądze nie śmierdzą".

Paragwaj - Olimpia Asunción (14 zwycięstw, 4 remisy, 4 porażki): Gdyby liczył się w futbol tylko papier z wypisanymi nazwiskami, to El Decano, byłby gdzieś w za plecami czołówki. Pod względem liczby zdobytych mistrzostw krajowych - jest legendą. To już 39 tytuł mistrzowski, ale zdobyty po blisko 11 latach przerwy.

Przejdę od razu do faktów. Zespół pod wodzą Gerardo Pelusso (solidny znawca z kilkoma sukcesami) stawiał na zdyscyplinowaną i pozbawioną finezji gry. Termin "zero z tyłu" sprawdzał się wyśmienicie, ale wbrew pozorom drużyna potrafiła zaskoczyć gradem bramek. Atuty? Liczne, oparte na kilku dogorywających emerytach takich jak Orteman, Marin, Romero czy Silva z udziałem graczy lokalnych, gdzie prym wiedli zwłaszcza Zeballos, Caceres czy Humberto Paredes. Nie można zapomnieć również o Maxim Biancchucim, który w sumie swoją "sławę" na kontynencie zawdzięcza jedynie tym, że jest kuzynem... Leo Messiego. W sumie to jedynie nazwiska, ale dobrze ze sobą zgrane. Nazwiska to w sumie największy atut tego klubu. W kraju poważane i szanowane, ale poziom ligi paragwajskiej to nie jest rzeczywisty ich sprawdzian umiejętności. Dlatego nie trudno się zdziwić, że większość z nich, która miała okazję wyjechać z kraju, miewała głównie mało przyjemne przygody. Mówiąc zupełnie poważnie ich rzekome talenty zostały brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość.

Szanse klubu na arenie kontynentalnej widzę w ciemnych barwach (jak ich stroje) zwłaszcza, że ekipa Pelussy nie gra futbolu na tak. A jedyną receptę jaką mają na osiągnięcie sukcesu, jest murowanie bramki na wyjeździe i murowanie bramki u siebie. Prosta metoda ale to chyba za mało na potentatów z Argentyny czy Brazylii.

Peru - Juan Aurich (16 zwycięstw, 11 remisów, 5 porażek): Tytuł zdobyty po raz pierwszy w historii tego klubu brzmi wyjątkowo apetycznie. W decydującym meczu play-offów pokonali oni faworyzowaną Alianzę Limę dopiero po rzutach karnych, w trzecim dodatkowym meczu. Ale sukces ten i tak był uznany za zasłużony, jeśli weźmiemy pod uwagę dokonania klubu w ligowych rozgrywkach. A te wyglądają nad wyraz imponująco: 46 bramek i tylko 21 straconych (najmniej w lidze).

Zespół zbudowany przez kolumbijskiego trenera Diego Umany podobnie jak Olimpia, również cechuje się grą defensywną, acz niepozbawioną całkiem niezłej kreatywności w środku pola. Pojedyncze nazwiska? Proszę bardzo. Diego Penny - solidny bramkarz z  dobrą grą na przedpolu. Nelinho Quina - rzemieślnik, drewniany ale dobrze grający głową. William Chiroque - pozytywna postać zeszłorocznej Copy i niezawodny kreator gry zespołu. I Luis Tejada - skuteczny, szybki, zwrotny i waleczny w polu karnym przeciwnika. Niespodzianką i w sumie taką małą wisienką jest Anderson Cueto, którego w Polsce znamy z występów w Lechu Poznań. Co prawda nie jest podstawowym graczem, ale od czasu do czasu zdarza mu się wystąpić, choćby w decydującym o losie mistrzostwa meczu (zastępując notabene Chiroque). Personalnie zespół jednak posiada jedynie graczy solidnych - nie perełki. Taki Reimon Manco może i miał przypiętą łatkę "duży talent", ale póki co jego gra to już prędzej upadek i to w tak młodym wieku. Szans w Copa Libertadores nie upatruję żadnych. Lekceważyć ich na pewno nie można, ale ćwierćfinał to etap, który ta drużyna może osiągnąć maksymalnie. Biorąc pod uwagę rywali jakich ma w grupie (obrońca tytułu Santos, mierny The Strongest i ktoś z pary Internacional - Once Caldas) szanse wydają się jeszcze mniejsze.

Urugwaj - Nacional Montevideo (9 zwycięstw, 5 remisów, 1 porażka): Jak już wspominałem wcześniej, sposób organizowania rozgrywek ligowych w Ameryce Południowej jest pomieszana. W Urugwaju mistrza wybiera się jednego, ale przez ten czas do play-offów kwalifikują się mistrzowie sezonu Apertura i Clausura. Dopiero w połowie 2012 roku poznamy nowego mistrza. Ale jeśli chodzi o pierwszą część sezonu to nagroda wędruje do Marcelo Gallardo. Odkrycia trenerskiego może nie na miarę Guardioli, ale na pewno kandydata na ciekawą trenerską osobowość. Co za nim tak bardzo przemawia? Myślę, że charakter. Impulsywny, ale potrafiący wyciągać wnioski i nie dający sobie w kaszę dmuchać. A piłkarze, jego wierni oddani żołnierze, to na pewno nie przeciętniacy. Placente, Viudez, Boghossian, Nunez czy choćby słynny Recoba razem stanowili ogromną siłę połączoną z odważnym stawianiem na młodzież. Może nie są to piłkarze, przy których selekcjoner Celestes Tabarez, będzie po nocach o nich śnił, ale kto wie czy taki Darwin Torres, Gonzalo Bueno czy Matias Vecino nie zrobią większych karier. Styl gry zespołu jest nastawiony na ofensywę, choć z użyciem niedozwolonych metod w przepisach gry w piłkę (czyt. kopanie rywali).

Zespół z okazji walki o Puchar Wyzwolicieli postanowił się w stosunku do innych mistrzów wzmocnić niż osłabiać. I w ten sposób do zespołu dołączył Andres Scotti (niezły gracz swoją drogą), Pablo Alvarez (kibice Wisły Kraków z pewnością go znają) i rezerwowy golkiper Jorge Bava (moim zdaniem przeciętny rzemieślnik bez cech szczególnych). Czy ten miks zapewni zdobycie pucharu? Nie, ale w grupie z Vasco da Gama, Alianzą Lima i kimś z pary El Nacional - Libertad, nie są skazani na całkowitą porażkę.

Wenezuela - Deportivo Lara (12 zwycięstw, 5 remisów, 0 porażek): Powiem tak. Niepokonani. Dziękuję.

czwartek, 29 grudnia 2011

Mistrzowie 10 krajów... cz.1

W momencie pisania tego wpisu jestem szantażowany. Ale w końcu trzeba, bo ile tak można... Wpis, będzie dotyczył krótko i zwięźle o wszystkich mistrzach krajowych Ameryki Południowej. Oczywiście, dla ułatwienia sobie pracy i czytelnikom lektury, państwa będę podawał w kolejności alfabetycznej.

Argentyna - Boca Juniors Buenos Aires (12 zwycięstw, 7 remisów, 0 porażek): Tu można powiedzieć wprost. Tytuł zdobyty całkowicie zasłużenie i wywalczony w stylu godnym prawdziwych mistrzów. Mimo iż tak naprawdę można wymienić parę zgrzytów, dotyczących pojedynczych piłkarzy (Riquelme czy Mouche) ale jedno jest pewne - to najrówniej grająca drużyna w Argentynie. Wyrobiony przez nią styl, zaprowadził do całkowitej dominacji w kraju, okraszając to meczami bez zaznania smaku porażki, która do tej pory zdarzyła się tylko raz, i jej sprawcą... Boca w Aperturze 98. Płynność, finezja, polot i atmosfera w samym zespole udzielała się także na boisku. Myślę sobie, że jedną z przyczyn było odejście Martina Palermo na emeryturę. Jego konflikt z Romanem podzielił szatnię i mimo iż zdarzało się, że na boisku zapominano o animozjach, to jednak "wypadek" ten zdarzał się raz na 4 spotkania... czyli zbyt rzadko, by odgrywać jakąkolwiek rolę w lidze. Teraz liderem ostał się tylko Romy, lecz warto dodać, że jego rola w zdobyciu mistrzostwa nie była aż tak wielka. Rozegrał raptem połowę meczów w Aperturze. Ale i bez pomocy nawet tak kreatywnego gracza Xeneizes potrafili grać futbol dojrzały, acz dało się zobaczyć na takim szkle pełno rys. Niewątpliwie do tych cech należą: zbyt długie przestoje w grze, częste granie długich piłek przez obrońców z pominięciem pomocników i moment rozluźnienia przy ledwie jednobramkowym prowadzeniu.

W nowym sezonie Boca chce grać na dwa fronty (Libertadores i liga) odpuszczając Copa Argentina, który będzie testem dla młodzieży i graczy niechcianych. Falcioni jako trener się broni, ale odnoszę nie małe wrażenie, że w 2012 roku jego głowa zostanie ścięta. W jaki sposób? Ano za idiotyczne pomysły ze sprowadzeniem przeciętnych wyrobników pokroju Mauro Obolo (musi mieć jego zdjęcie nad łóżkiem, nie ma bata). Jeśli w Copa Libertadores, Xeneizes chcą odegrać kluczową rolę to należy się wzmacniać graczami albo o lepszych perspektywach (Boghossian) lub na sprawdzone gwiazdy po 28 roku życia jak np. Humberto Suazo (wiem, transfer nierealny, choć piłkarzowi pali się do Argentyny, jakby zostawił tam włączone żelazko). Nie można zapomnieć także o nowym prezydencie - Angelicim. Marionetka w rękach gubernatora Buenos Aires, Mauricio Macriego, chce uczynić z Boca największą twierdzą antyrządową, co może nieco się odbić na sposobie traktowania klubu w kraju i nie tylko.

Jak to mawiał pewien dziennikarz oślepiony ręką Jezusa z Rio - Wiadomo, przyroda...

Boliwia - The Strongest (7 zwycięstw, 4 remisy, 7 porażek): Ten przypadek jest odosobniony. W praktyce jak wiadomo w Ameryce Południowej sposób wyłonienia mistrza/spadkowicza/pucharowicza/męża królewny, wybiera się na zasadach spisywanych przez ludzi, mających bardzo dużo czasu na myślenie. Druga część sezonu w Boliwii rozgrywana jest z podziałem na dwie grupy po 6 ekip. Z każdej z nich do fazy pucharowej awansują 4 ekipy. I w systemie KO najlepszy okazał się The Strongest, który na swoim boisku ładował rywalom średnio po 5 bramek (istnieje podejrzenie, że kilka meczów było ustawionych, patrz wynik meczu z Real Mamore wygrany aż 9-1). Atuty? Trener Mauricio Soria - lokalna gwiazda z tytułem mistrza w dojeniu krowy na czas, potrafił jednak poukładać tę zbieraninę biednych dzieci, ze zgranymi już kartami w postaci stranierich. Chilijczyk Gonzalez, który o sobie może powiedzieć w klubie per gwiazda w sumie nic nie wniósł do zdobycia tytułu. Bo to właśnie monolit a nie indywidualne popisy sprawiły, że mistrzostwo pojechało do klubu z La Paz. Powiem Wam szczerze, że obejrzałem 4 spotkania tejże ligi i za każdym razem mam wrażenie, że byłbym milionerem... Wyniki pojedynczych meczów są tak podejrzane, że nie chce mi się wierzyć w bajki o czystości ligi. Lody same się nie kręcą, ale to tylko dla pieniędzy można sobie zdecydować o oglądaniu tej ligi. W pozostałych przypadkach, ktoś was uzna za niepoczytalnego.

Brazylia - Corinthians Sao Paulo (21 zwycięstw, 8 remisów, 9 porażek): Z ligą Brazylijską jest spory dylemat. Nie ukrywam, że każdy z klubów miał różne priorytety, cele, którym się całkowicie poświęcał, mając gdzieś te ligowe potyczki. W dodatku w odróżnieniu od Boca, żaden klub z Brasileirao od początku do końca nie był dominatorem. Lider się zmieniał dość często a tym, który zgarnął to trofeum był Corinthians. Przeglądając tak sobie, polskie blogi poświęcone brazylijskiej piłce odnoszę wrażenie, że tematów jest sporo do dyskusji nt. poziomu, stylu w jakim tytuł Corinthians zdobył. Ale czasem mam ochotę się autentycznie zaśmiać z określeń typu "słaby mistrz". Puchar w gablocie się znajdzie i tak, a przeciętny kibic po 30 latach nie będzie nawet pamiętał, w jakim stylu to mistrzostwo zostało zdobyte. Choć historia wydaje się lekko podkoloryzowana, ale taka jest prawda. Liedson i spółka grać będą o Puchar Wyzwolicieli, a trenować będą w rozgrywkach stanowych. Szansa na prymat na kontynencie nie zdarza się zbyt często a próba podboju nawet z Ronaldo i Roberto Carlosem w składzie nic nie dała. Wszak od dość dłuższego czasu słyszy się, że Puchar Wyzwolicieli to priorytet dla sterników klubu z Sao Paulo. Będę szczery: Tite jako trener mnie nie przekonuje. Ani charyzmy przywódcy ani oryginalnej i logicznej taktyki w nim nie widzę. Piłkarze rozłażą się czasem jak wszy po grzebieniu, styl gry mają siermiężny, często twardy i zupełnie pozbawiony finezji. Słowem typowa siłowa piłka. Indywidualnie wypada pochwalić Ralfa, piłkarza który już większej kariery nie zrobi oraz Paulinho, który serdecznie pozdrawia Łódź, w której kiedyś był przez dłuższy czas. Jako duet uzupełniał się świetnie i widać, że panowie mają sporo pomysłów na urozmaicenie gry. Nawet tak skostniałej w drużynie Timao.

Na przeciwległym biegunie pojawia się za to Adriano. Ponad 100 kilo mięsa, które żyje sobie jak chce upadł na tyle, że jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do jego "powrotu do piłki", to je natychmiast utracił. Jako piłkarza, szkoda. Jako człowieka, ani trochę...

Chile - Universidad de Chile (15 zwycięstw, 7 remisów, 1 porażka): Dominator. Myślę sobie tak nawet, że to była najbardziej efektownie i efektywnie grająca drużyna w Ameryce Południowej w 2011 roku. Jorge Sampaoli odwalił kawał świetnej roboty, bo w sumie trudno się temu dziwić mając na myśli jego podejście do zawodu. Fanatyk ultraofensywnej gry, mającej na celu zadanie cierpienia i bólu. W dodatku miłośnik nowych technologii, sprawny organizator i kochający mąż, który potrafi wyrazić miłość poprzez uderzenie pięścią w twarz swojego rozmówcy. Piłkarze natomiast stanowią bezsprzecznie jedność, twardą skałę w środku której koła zębate kręcą się równomiernie i bez przerwy. Żadnych defektów, widocznych na pierwszy rzut oka rys. Właśnie ten obraz mogli obejrzeć kibice wczoraj, kiedy Universidad rozbił 3-0 bezradną Cobreloę, która tylko w tym widowisku statystowała. Bohater drużyny Eduardo Vargas na swoim białym koniu pożegnał się godnie z kibicami, bo od stycznia będzie strzelał gole ale dla Napoli. Włosi nie oszczędzali tych 15 mln dolarów, bo błysk ten chłopak w oczach ma. Technika, szybkość, zwrotność z jaką urywa się obrońcom. Jest to materiał na klasowego gracza, przecież wcale nie tak słabej reprezentacji Chile, która jednak ma poważny problem. Zawsze jej piłkarze chodzą z procentami...

Mimo straty Vargasa, klub ze stolicy Chile do Copa Libertadores przystępuje w roli czarnego konia. Co prawda nie znane są losy Aranguiza czy Castro, ale wydaje się, że skład zespołu radykalnie się nie zmieni. A w razie co klub sprowadził już Cerecedę i Juniora Fernadesa. Ten ostatni jest dość ciekawy i to nie tylko ze względu na pochodzenie. Oto bowiem Chilijczyk o brazylijskich korzeniach, który jednak w nowej ojczyźnie się już urodził i wychowywał na podwórku wraz z Alexisem Sanchezem. Talentu do gry mu nie brakuje, cechy boiskowe ma przybliżone do Vargasa. To może być ciekawy piłkarz, warto go poobserwować.

Reasumując. To klub z potencjałem, umiejętnie prowadzony ręką trenera a piłkarze po prostu mu ufają. Nawet jak przydarzy się wpadka, to nawet przyjemnie zrobić cztery rundki po Estadio Nacional. Warto też nadmienić, że system rozgrywek jest podobny jak w Argentynie z tą różnicą, że po Aperturze czy Clausurze następują play-offy z 8 najlepszymi zespołami.

Ekwador - Deportivo Quito (26 zwycięstw, 11 remisów,  9 porażek): Kolejny szkoleniowiec z Argentyny triumfuje na obczyźnie. Tym razem padło na Carlosa Ischię, niegdyś trenera Boca z którym zdobył Aperturę w 2008 roku. W składzie zespołu trener postanowił pobawić się w mechanika. Samochód owszem był made in Equador ale silnik pochodził już z Argentyny. Maxi Bevacqua i Matias Alustiza byli głównym motorem napędowym niemal każdej akcji ofensywnej. W defensywie najwięcej do powiedzenia miał Elizaga, były reprezentant kraju urodzony w... Argentynie. Tak, Ischia doskonale wiedział, że jedyną możliwością odegrania jakiejś większej roli w lidze, było właśnie postawienie na graczy z ojczyzny. Nie oznaczało to jednak, że piłkarze z Ekwadoru byli kompletnie w cieniu. Taki Saritama oraz Fidel Martinez dzielnie kolegów wspierali i potrafili dość płynnie, oddawać piłki do nieco bardziej uzdolnionych kolegów. W sumie to taka drużyna bez wyrazu, ale mistrzostwa nikt im nie odbierze. Zwłaszcza wykorzystała słabość lokalnego rywala - LDU Quito, którego dopadła zadyszka i kryzys twórczy trenera Edgarda Bauzy. Być może sensacyjny zdobywca z tym klubem Copy w 2008 roku pożegna się z posadą. Powód? Oczywiście brak awansu do tych prestiżowych rozgrywek.

Oczywiście Ischia triumfuje, ale w Pucharze Wyzwolicieli lekko mieć nie będzie. Mistrz Ekwadoru trafił do grupy z Velezem Sarsfield, Chivas oraz Defensorem Sporting co nie wróży długiej przygody z pucharami. Owszem cuda się zdarzają, wszak stadion położony na wysokości blisko 3 tysięcy metrów n.p.m. może sprawić przyjezdnym kłopot. Ale chyba nie na tyle, żeby polec z kretesem.

Cdn.

piątek, 16 grudnia 2011

Messi... i wszystko jasne?

Cóż to za nietypowy wpis będzie. W dodatku o czymś oczywistym, pełnym rozwiniętych zdań z jedną wątpliwością dotyczącą długości. Należy uspokoić swoje nerwy, wypić coś ciepłego a potem zacząć wpatrywać się w litery. Tekst niskich lotów... Zaczynamy...

Nie chcę i nie mam zamiaru mówić o tym jaki jest zdolny, piękny i bogaty bo każdy o tym wie. To, że ma wyjątkowy talent do gry w piłkę, też doskonale o tym wiemy. Tylko jest pewna niejasność, która mnie nurtuje i zapewne jest to coś, o czym przekonany jest sam piłkarz, ale nie chce o tym głośno mówić - reprezentacja. Chociaż w sumie nie tylko to, bo jak się popatrzy na jego ostatnie popisy w Barcelonie, to mam nieodparte wrażenie, że ktoś użył na "Atomowej Pchle" dobrego środka przeciw owady.

Co za tym jest nie tak z Leo? Jakby na niego już teraz spojrzeć to lista osiągnięć sportowych: indywidualnych i drużynowych potrafi dosłownie zwalić z nóg. Z FC Barceloną zdobył wszystko, co do zdobycia było. Od ligi hiszpańskiej po Ligę Mistrzów. Nawet klubowe mistrzostwo świata wpadło mu w łapy, kosztem ojczyźnianego Estudiantesu La Plata za co w kraju go przeklęto, będąc ostatecznym katem drużyny Juana Sebastiana Verona. A to wszystko dopełnia jeszcze indywidualnymi nagrodami, na które już nie starcza mu półek. Słowem, chodząca i żyjąca religia.

Ale to właśnie w tym momencie dochodzimy do wniosku wszystkim nam znanym. Messi poza reprezentacją zdobył wszystko, on już nic nie musi sobie i komukolwiek udowadniać. Chyba, że ilość strzelonych goli, liczba rozegranych spotkań to fakt, dla których te statystyki może pobić i wyśrubować. Tylko nie wiadomo, czy go aż taka perspektywa pociąga. Bo jaki w tym sezonie jest Leo? Ano taki, że liczby 25 spotkań i 27 bramek zakłamują rzeczywistość oraz to, że zamiast błyszczeć na okrągło, ma jedynie przebłyski. To prawda, nie jest cyborgiem - ma prawo do tego, żeby obniżyć swoje loty. Ale czy naprawdę chce biegać, strzelać lub podawać? No i z tym jest właśnie problem. Jesień sezonu 2011/2012 pokazuje, że w najnudniejszej lidze świata za jaką uchodzi hiszpańska Primera Division, Messi gra sobie w piłkę od niechcenia. Wcześniej nie zwracał uwagi na to, że takie Levante, Betis czy Osasuna to przeciętne drużyny. Liczył się fakt grania w tej pierwszej lidze i walki jak równy z równym ze wszystkimi. Po tych kilku latach, jego talent okazał się diamentowy, rywale zaś z węgla a okazje do zmęczenia się widzi jedynie, gdy przychodzi mu grać z Realem Madryt. Ciągle wygrywał i widzę to po nim, że zaczyna go to już nużyć. No i to właśnie wtedy z pomocą przychodzi reprezentacja Argentyny...

Od 2005 roku w ciągu tych 6 lat Messi pracował już u pięciu selekcjonerów. Każdy miał dla niego różne zadania, ale za to prawie wszyscy widzieli w nim zbawiciela. Zacznijmy od wyjątku: Jose Pekerman owszem już wcześniej wiedział kim jest Leo, gdzie występuje ale co istotne jak gra. Pomocny w tym ostatnim, okazał się jego asystent Francisco Ferarro, który trenował wówczas kadrę do lat 20-stu i poprowadził ją do złota podczas MŚ na holenderskich depresjach. Jednak sam Pekerman, choć dawał mu możliwość gry, to jednak piłkarza uważał co najwyżej za jokera, którego pośle na boisko w chwilach kryzysowych. Cóż na mundialu w 2006 roku w systemie 4-3-1-2 dla wówczas młodego Leo miejsca w podstawowym składzie nie było. Tymi, którzy w ataku mieli strzelać bramki byli Crespo oraz Saviola, a podawać futbolówkę miał ukochany przez trenera - Riquelme. Akurat tu w tym systemie dla piłkarza Barcelony miejsca nie było. Nadzieją na grę mogło być, albo zluzowanie któregoś z napastników albo Riquelme, bądź Maxi Rodrigueza. Rozwiązań było zatem niewiele, ale i prób także. Bo po odpadnięciu z mundialu, Pekerman odszedł a przybył Alfio Basile.

Z "Coco" Basile problem dotyczył dwóch rzeczy: Boca Juniors oraz alkoholu. W przypadku zmieszania tych czynników, do reprezentacji wskoczyli gracze, którzy specjalnie na to nie zasługiwali. Mimo iż ustawienie taktyczne było dokładnie takie same, jak rok wcześniej, to tym razem Messi mógł liczyć na pierwszy plac. Choć nie obyło się też bez zgrzytów, gdyż wówczas popadł w sprowokowany przez Julio Grondonę konflikt z Riquelme. Przez Copa America oglądało się bodaj najlepszy dla niego okres w reprezentacji. Aktywny, zadziorny, wszędzie go było pełno i chętnie wspomagał swoich kolegów na boisku. Najbardziej w pamięci zapadł kapitalny lob nad Oswaldo Sanchezem z półfinału z Meksykiem ale też najsłabszy mecz turnieju, rozegrany w finale z Brazylią, gdzie agresywne krycie wystarczyło do jego zatrzymania. W trakcie el. do MŚ w 2010 roku w RPA, Basile wciąż widział w Leo przywódcę, ale jak już wcześniej wspomniałem, konflikt z Romanem podzielił szatnię. Alfio Basile po przegranym w nędznym stylu meczu z Chile odszedł a jego miejsce zajął... Diego Maradona.

Z tym człowiekiem problemem był on sam. Wybuchowy, egoistyczny oraz zadufany w sobie narcyz umiejętności trenerskie miał gorzej niż mizerne. Mieszanie ustawieniem, poszczególnymi wykonawcami wprowadziło Argentynę w stan nietrzeźwości, w której to pierwsze skrzypce miał grać właśnie Leo Messi. Już po jego debiucie z Węgrami, Diego obwołał go swoim następcą, zupełnie nie przejmując się tym, że wcześniej tym mianem namaścił już co najmniej 1990 piłkarzy. Messi kolejny już raz miał być głównym liderem, a nie zaś jak w Barcelonie jedynie ważnym elementem. Oczywiście dostał od Diego wolną rękę lub nazywając to bardziej profesjonalnie - stał się wolnym elektronem. Mógł robić co chciał np. stać bez ruchu, tulić misia z Rosario a nawet pozdrowić swoją dziewczynę zdejmując spodenki. Problem polegał na tym, że kompletna amatorszczyzna połączona z głupotą Maradony sprawiły, że Messi zamiast poprowadzić Argentynę do mistrzostwa świata, musiał przeżyć upokorzenie z Niemcami. Nie licząc lawiny negatywnych opinii w ojczyźnie piłkarza, sam nie bardzo mógł pogodzić się z tym, ale jednocześnie nie chciał nikogo wskazać palcem za to niepowodzenie. Era Maradony dobiegła końca, przyszła kolei na Sergio Batistę.

Z tym panem Messi miał okazję współpracować podczas Olimpiady w Pekinie, gdzie argentyński dream team z bólem i ledwością zdobył złote medale. To co go różniło od poprzedników to pierwotnie ułatwienia taktyczne, specjalnie dla Leo czyli do systemu 4-3-3 (chwilę wcześniej było 4-3-1-2 dopóki był w kadrze Riquelme). Ale niuanse tego wyboru kosztowały kolejnym zgrzytem. Ponownie zła selekcja partnerów dla La Pulgi dała o sobie znać. Jednak tym razem przebił wszystkich tym, że mimo zapożyczenia ustawienia od Barcelony, Messi grał... w środku, gdzie za nic w świecie rozwinąć skrzydeł nie mógł. Co gorsza jeszcze bardziej zaczęto stosować rozwiązanie z długim podaniem do Leo, a ten miał za zadanie przedryblować drużynę rywala, bramkarza oraz kibiców i telewidzów. A to nie jest rola, w której się chłopak z Rosario dobrze spisywał i tylko w dwóch meczach warto o jego grze wspomnieć - towarzyski z Hiszpanią oraz pierwsza połowa meczu z Urugwajem na CA. Turniej kontynentalny w swoim kraju potraktował bardzo poważnie, ale trener, który zamiast mózgu miał próżnię dość szybko wpadł na pomysł zrobienia z Messiego bramkarza/obrońcę/pomocnika/rozgrywającego/napastnika/egzekutora w jednym. No i sobie z tym mały rycerz nie poradził, Argentyna odpadła w ulubionym już przez wszystkich ćwierćfinale a skazanego na śmierć Batistę postanowiono po raz pierwszy od czasów Grondony - wyrzucić. No i zjawia się tak oto nowy trener.

Alejandro Sabella w niczym nie różni się od poprzedników. Wizja jak jest urojona, tak dalej taką jest. Począwszy od 4-4-2 po 4-2-2-2 i inne nie mniej oryginalne rozwiązania. Także i dla Messiego trener przygotował taktykę "odbierz piłkę, rozegraj, okiwaj, strzel" pomnożone przez 10 zadań stricte obronnych w środku pola. Oczywiście sam piłkarz musi, nie mając większego wyboru posłuchać się directo technico. Jak już schodzi do skrzydła, to z reguły z kimś się dubluje ze swojej drużyny, zostawiając sporo wolnego miejsca.   Ile to razy widziałem zagubionego chłopaka, który od nadmiaru obowiązków staje się bezbronny i pozbawiony swoich atutów. Co będzie dalej, przekonamy się, ale brakuje tu pozytywnego obrazu dla osoby piłkarza w kontekście gry w narodowych barwach.

Reasumując. Reprezentację Argentyny prowadzą z reguły trenerzy, którzy mają pomysł na brak pomysłu. W rzeczywistości nie potrzeba aż tak wiele, by Lionel Messi aktualnie najlepszy gracz na świecie, zaczął grać tak jak przyzwyczaił nas w Blaugranie. Receptą okazuje się zmiana taktyki na ten znany z Realu Madryt (4-2-1-2-1), który pasuje idealnie pod potencjał jaki ma Argentyna w ofensywie. To właśnie w takim ustawieniu Messi może ze skrzydła żądlić tak jak to robi w Hiszpanii. Nie potrzeba też narzucać "Atomowej Pchle" miliona zadań, bo nie jest robotem, który wykona wszystko bez błędu. Obwody też mu czasem się przepalają i nie trzeba mu kazać biegać wzdłuż i wszerz boiska. Wystarczy tylko na chwilę usiąść, wziąć do ręki pilota a potem zacząć oglądać zawodników do kadry niezbędnych. Tylko, że trener Sabella jak już coś ogląda to co najwyżej filmy do lat 18-stu, bo kino dla dorosłych widocznie go przerasta. Taką ma fantazję.

PS Wkrótce trzeba zrobić większy porządek na blogu. Dla mnie ciekawostką ostatnich dni jest David Trezeguet. Jeśli River nakłoni go do gry w ich barwach, zyska z punktu medialnego i marketingowego nie mało. W dodatku transfer ten jest na 90% pewny, co rokuje całkiem dobrze na papierze. W rzeczywistości uczucia są mieszane, zawodnik formą nie brylował. A i finansowo może okazać się to dość problematyczne, bo River tonie w długach i zaciągniętych milionach dolarów kredytu. Ale na pociesznie, będzie to na nowy rok jeden z ciekawszych come backów do Argentyny. Wszak mało kto wie, że ten mistrz świata z 1998 roku swoją karierę zaczynał w Platense, rozgrywając co prawda raptem 5 spotkań, ale nikt nie podejrzewał jakie z  niego to ziółko wyrośnie.

niedziela, 4 grudnia 2011

Copa Argentina czyli co jak i dlaczego

Copa Argentina - jak pięknie to brzmi. W sumie jak każda idea, która musi być ładnie w zdanie ułożona, tak by ludzie byli do niego pozytywnie nastawieni. A najlepiej jak jeszcze wyjdą na ulicę i zaczną to manifestować, ku czci panującej pani prezydent - Cristiny Fernandez de Kirchner. Taki scenariusz byłby wręcz wymarzony dla aktualnej centrolewicowej władzy. Takie same plany był też pod koniec lat 60-tych, gdzie biedacy mieli na własne oczy oglądać największe krajowe legendy.

Krótka lekcja historii: Pierwsza edycja odbyła się w 1969 roku za sprawą burzy mózgów jaka panowała wówczas w AFA. W sumie przyczyną była korupcja, która raz po raz kosiła prezydentów federacji, którzy średnio na stanowisku utrzymywali się przez góra 10 miesięcy. Potrzebne było więc coś, co na jakiś moment zajmie opinię publiczną, by ta w końcu dała "popracować" sternikom federacji. Pomysł na utworzenie pucharu krajowego wymyślił Aldo Porri, którego wniosek został szybko przyjęty i już 5 lutego zainaugurowano nowy turniej dla klubów. Cel ambitny lecz nie do końca sprawdzony, bo River Plate, Estudiantes oraz Velez z powodu udziału w Copa Libertadores, nie miały czasu (czyt. chęci) na to by męczyć piłkarzy ciągłymi meczami co trzy dni. Więc do udziału zaproszono 19 klubów z pierwszej ligi, mistrza z drugiej ligi i dwanaście najlepszych drużyn z lig regionalnych (prowincji). Pierwszą edycję turnieju wygrała drużyna Boca Juniors, która w miarę silnym składzie rozbijała kolejnych rywali. W finale pokonali w dwumeczu Atlantę, wpierw 3-1 u siebie i przegrywając 0-1 na wyjeździe. W nagrodę Boca miała wziąć udział w nowo utworzonym turnieju Recopa Sudamericana (dziś przyjął nazwę Copa Ganadores de Copa). Nie wzięła bo wówczas wygrała rozgrywki Nacional 69 i tym samym zapewniła sobie udział w Pucharze Wyzwolicieli rok później. Dzięki temu wicemistrz Atlanta, mógł po raz pierwszy w historii zagrać w turnieju rangi kontynentalnej (Copa Suecia z 1958 roku, była jedynie przerwą w rozgrywkach z powodu mundialu w tym kraju. Ciekawostką jest to, że puchar fundowany był zresztą przez ambasadora szwedzkiego w Buenos Aires).

Rok 1970 miał kontynuować dzieło argentyńskich działaczy, na co musiały przystać bez protestów kluby. Ale tym razem, zwolnieni z tego przykrego obowiązku grania, zostali po raz kolejni gracze Estudiantesu, River (jakie szczęście) i Boca. Do finału pucharu dotarły ekipy San Lorenzo i Velezu. W pierwszym meczu było 2-2, natomiast w drugim... No, właśnie. Mecz rewanżowy nie odbył się oficjalnie przez niekorzystne terminy, ale nie wszyscy za bardzo w to uwierzyli. Powodem byli też kibice, którzy na mecze chodzili niechętnie (jedynie w małych klubach było wielkie zainteresowanie), co powinno choć trochę dziwić, biorąc pod uwagę to jak bardzo futbol jest tam traktowany. W 1971 roku kluby pierwszoligowe na jednym z posiedzeń AFA pod presją wymusiły na działaczach federacji, by już nie organizowano pucharu krajowego. Nie bez przyczyny brak nagród za zwycięstwo w pucharze (no dobra, jeden puchar do gabloty to trochę za mało dla wszystkich) było przyczyną, dla których czołowe kluby w Argentynie pogroziły palcem. Żeby było mało, puchar kontynentalny pod nazwą Copa Ganadores już po roku przestał funkcjonować, gdyż większość udział w nim traktowała jako "Puchar frajerów".

I tak mijały kolejne lata i nagle w 2010 roku Julio Grondona wskrzesza upadły projekt, który jednak rozwija w stosunku do pierwowzoru. Co prawda przy proteście pierwszoligowców, lecz za to z olbrzymim poparciem małych klubików z prowincji. Największą nowością Copa Argentina była liczba uczestników. Konkretnie aż 186 klubów od pierwszej aż do siódmej ligi, wliczając to dwa zaproszone kluby "ze wsi". Pierwsze cztery rundy inicjowały kluby z niższych lig (bez udziału klubów z pierwszej i drugiej ligi). A gdy już 24 kluby przejdą te fazę dołączy do nich czołówka krajowa i tym samym zostaną 64 drużyny w grze. W dodatku federacja uznała, że skoro strumień pieniędzy od państwa leje się wyjątkowo gęsto, to kluby miały za udział dostać pieniądze. A konkretnie 1,5 mln pesos za zwycięstwo w Copa Argentina oraz możliwość gry w Copa Sudamericana, który co ciekawe może zostać zapewniony dopiero po spełnieniu kilku warunków:

- Zwycięzca pucharu krajowego, nie jest sklasyfikowany w tabeli z sumującej punkty zdobyte w Aperturze i Clausurze w Primera Division na pierwszych sześciu miejscach (wtedy zabiera miejsce gry w pucharze zespołowi, zajmującemu ostatnie premiowane miejsce w tej tabeli)
- Jeden z klubów argentyńskich, nie przejdzie pierwszej rundy eliminacji do fazy grupowej Copa Libertadores. Jeśli odpadnie to z miejsca dostaje możliwość gry w Copa Sudamericana, zabierając jednocześnie miejsce zdobywcy Copa Argentina
- Przykładowy klub w dowolnej lidze, nie znajdzie się po sezonie w strefie spadkowej lub awansu.

Sami przyznacie, że jest to dość porąbane i zagmatwane, że aż nie chce się w to pchać. Chyba nigdzie nie wymyślono aż tylu pierdół, które komplikują rzecz, która powinna być jak najbardziej prosta. A tymczasem rozwiązanie argentyńskie w stosunku do choćby brazylijskiego mają się nijak. Szczytna idea okazuje się zakłamanym i mieszanym gównem, w który wdepnie każdy klub nieźle się brudząc. W dodatku kluby z Primera Division już dały do wiwatu wystawiając zespoły, nie tyle co rezerw a młodzieży, która radzi sobie średnio przy nieco lepiej zmotywowanych drużynach z prowincji. Przykłady? Z rozgrywkami pożegnały się już pierwszoligowe Newell's Old Boys, All Boys, San Martin SJ, Godoy Cruz i Union Santa Fe. Choć przy nich trudno mówić, że koniecznie chciały o ten puchar grać, bo większość ma za cel utrzymanie pierwszoligowego bytu.

Szanse na końcowy sukces zachowują więc drużyny, które będą umiały kalkulować co im się bardziej opłaca i co im da możliwość jakiejkolwiek promocji w kraju. Słabsi zacierają ręce bo 1,5 mln pesos piechotą nie chodzi a są to pieniądze, które nie jeden klub postawiłby na nogi. Ci mocniejsi walczący o mistrzostwo kraju lub w pucharach kontynentalnych odpuszczą, dając szansę co najwyżej ogrywania się rezerwom, bo w końcu ile oni mogą podgrzewać ławkę rezerwowych?

Całość ukazuje parcie na szkło peronistów, którzy dziś funkcjonują pod inną nazwą - kirchneristów. Nie trudno spojrzeć jak żałośnie ogląda się polityczny, propagandowy teatrzyk, w którym futbol ma stanowić obraz przez który Argentyńczycy zrozumieją jak "pięknie" rozwija się ich kraj w rozumowaniu rządzących. Reklamy w przerwie meczu, małe belki w trakcie ich trwania... Wiecie, że na ten biznes państwo fundnęło setki milionów dolarów z kieszeni podatników i nie zamierza na tym wcale poprzestać? Ba, zresztą nieprzypadkowo futbol został tam znacjonalizowany i pokazywany na antenie państwowej TV Publica (zwanym też niegdyś Canal Siete). Prywaciarze z Grupą Clarin na czele są aktualnie wrogiem numer jeden rządu prezydent Cristiny i zwalczani na każdy możliwy sposób (m.in. proces dawnego nadawcy TYC z AFA, trwający blisko dwa lata i bez żadnych rezultatów). Zresztą, czy czasem nie przypomina wam to czegoś w naszym kraju? Myślę sobie, że przyjdzie jeszcze czas w grudniu, by nieco szerzej opisać te bagno, w jakim pierze się futbol argentyński, kiedy dodamy do tego politykę.


PS Dziś poznamy nowego mistrza Brazylii i być może też Argentyny. Corinthians i Vasco rywalizują o prymat w największym państwie Ameryki Południowej, natomiast Boca Juniors wystarczy jeden punkt w meczu z Banfield, by zacząć świętowanie mistrzostwa. A to wszystko rozgrywa się w dniu, kiedy ze światem rozstał się Socrates. Jeśli wierzyć w Boga, to właśnie znalazł sobie odpowiedniego gracza na środek pola. W innych przypadkach będzie mógł sobie poużywać z dziewicami, urodzić się na nowo jako grecki filozof lub raz na zawsze zniknąć. Ale w pamięci myślę, zagości na długi czas.